Sesja przyzwoita była z dwóch powodów. Pierwszy to skuteczne zanegowanie otwarcia luką bessy. Drugi to fakt, że nie było to tylko odreagowanie wynikające z wyprzedanego rynku i cofnięcia podaży na wyższe poziomy. Choć obroty nie do końca to potwierdzają, widać było obronę rynku przez największych graczy, szczególnie na kluczowych spółkach. Najwyraźniej mityczna zagranica nie podjęła jeszcze decyzji o opuszczeniu polskiego rynku, pomimo że mocno przekonującym argumentem do tego stały się wyników banków.

Niezależnie, czy to chłodna kalkulacja uwzględniająca zakamuflowane przesuwanie zysków (CIT), czy też wstrzymywanie się z decyzjami przed rozstrzygnięciem nużącego już wszystkich tematu planu Hausnera, to wczorajsza sesja pokazuje, że nie można na razie liczyć na ustalenie trendu w którymkolwiek kierunku. Bo jeśli kontrakty z indeksem tak łatwo zamykają poranne luki, a nowe rekordy słabości złotego nikogo już nie wzruszają, to wyraźny sygnał, że rynek ma silnego obrońcę i podaż od techników tak łatwo nie przejmie kontroli.

Z kolei testy szczytów pokazały, że za dużo jest na rynku optymizmu (np. wspominanych ostatnio bankowców), a za mało chętnych do kupna po tych cenach i wykluczyły tym samy śmielsze zakupy bez wyraźnego impulsu z polskiej, lub choćby tylko amerykańskiej gospodarki. U nas zabraknie go przynajmniej do początku marca, a w USA na razie dominuje lekkie ogłupienie. Po niedawnych pełnych zachwytu słowach Greenspana inwestorzy dostali zupełnie sprzeczne z nimi dane makro - wyższy deficyt, brak poprawy na rynku pracy, wczorajszą wyższą od oczekiwań inflację, a do tego wbrew wyraźnym sugestiom szefa Fed dolar się umacnia. Gorzej gdy równie odwrotnie zacznie być u nas przy słowach Hausnera (np. wczorajsze bezrobocie).