Od 1 maja, czyli od chwili wejścia Polski do Unii Europejskiej, znikną granice celne między naszym krajem a państwami członkowskimi UE. Zgodnie z prawem wspólnotowym, odprawy celne odbywają się tylko w przypadku napływu towarów spoza państw unijnych. Celnicy będą więc obecni tylko na wschodniej granicy (między Polską a Ukrainą i Białorusią) oraz północnej (z Rosją).
Cła oraz opłaty pobierane na polskiej granicy będą w 1/4 trafiać do kasy unijnej, a reszta z powrotem do celników. Oznacza to, że im więcej towarów zostanie odprawionych przez polskie służby celne, tym większe środki do niej napłyną. Czy polscy celnicy będą w stanie konkurować z innymi służbami?
- Z badań przeprowadzonych przez Izbę Celną w Białej Podlaskiej wynika, że importerzy są gotowi zgłaszać towary do odprawy celnej w Polsce, ale pod dwoma warunkami - powiedział Wiesław Czyżowicz, wiceminister finansów i szef służby celnej. - Po pierwsze - chcą ułatwień, związanych z brakiem konieczności dostarczania pełnej dokumentacji papierowej, i używania przede wszystkim nośników elektronicznych. Po drugie - interesuje ich wydłużenie czasu płatności.
Część z tych żądań może zostać spełniona dzięki zmianom w przepisach celnych. Projekt jest już w Sejmie. Zakłada m.in. wydłużenie okresu płatności zobowiązań celnych - dzięki wydłużeniu do 2 tygodni okresu rejestracji długu celnego oraz terminu jego zapłaty (do miesiąca). Zmieniony został także system liczenia kursu, po jakim naliczane są zobowiązania - zamiast kursu z dwóch tygodni będzie teraz uwzględniany kurs z miesiąca.
Gra idzie o sporą stawkę. Z wyliczeń wynika, że w sprzyjających warunkach dochody służby celnej mogą wynieść ponad 0,5 mld zł. W złej sytuacji - ledwie 100-200 mln zł.