Przemyślenia, jakie miałem przed wczorajszą sesją, wynikłe z obserwacji zachowania rynku w ciągu całego tygodnia, sugerowały napisanie, że mieliśmy w środę dołek. Indeks odbił się w czwartek od linii trendu pociągniętej od listopadowego dna. Pewnym niepokojem napawał tylko zbyt duży wolumen obrotu akcji w drugiej, spadkowej części czwartkowej sesji. Jednak skala wzrostu wczorajszej sesji przeszła najśmielsze oczekiwania. Tym samym spełniła się przedwcześnie prognoza, którą zamierzałem zamieścić w niniejszym komentarzu.
Mimo wszystko opiszę przesłanki, które posłużyły mi do takiego wnioskowania. We wtorek nastąpiło przebicie psychologicznego poziomu 1700 pkt. Wywołało to nerwowość posiadaczy akcji. Była ona widoczna wśród zaniepokojonych inwestorów, którzy zaczęli przychodzić do biur maklerskich. Odezwały się telefony. Daleko było co prawda jeszcze do paniki, lecz postrzeganie giełdy było z całą pewnością bardziej negatywne niż zazwyczaj. Nałożyły się na to przecież niepokoje związane ze złotówką i niestabilnością polityczną. Ale co ma piernik do wiatraka? O ruchu cen decyduje kierunek przepływu pieniędzy, a nie te wszystkie inne czynniki. Ciężka machina wzrostu kręci się nadal, tyle że ciągnie aktualnie małe spółki, a nie WIG20.
Należałoby zauważyć "wyzerowanie" bazy, jakie miało miejsce w czwartek. Przy jego okazji doszło do znacznego zmniejszenia LOP. Myliłby się jednak ten, kto odczytywałby w tym przypadku spadek LOP jako koniec ruchu spadkowego. Tym razem doszło po prostu do zamknięcia kilku tysięcy pozycji arbitrażowych. A skoro zwykle dodatnia baza spadła do zera, oznaczało to niewiarę we wzrost i oczekiwanie na dalsze spadki. No cóż, większość zazwyczaj się myli.