Reklama

Na skraju kryzysu?

Obok Stanów Zjednoczonych, Chiny są obecnie postrzegane jako motor napędzający gospodarkę światową. Zagraniczni inwestorzy szeroką ławą ciągną za Wielki Mur z nadzieją, że dobra koniunktura utrzyma się jeszcze przez długi czas. Wśród analityków coraz powszechniejsza staje się jednak opinia, że chińskiej gospodarce grozi przegrzanie i kryzys podobny do tego, jaki 13 lat temu dotknął Japonię.

Publikacja: 03.03.2004 09:11

Według niektórych ekonomistów, Chiny jeszcze przed 2050 r. odbiorą Stanom Zjednoczonym miano największej potęgi gospodarczej. Wówczas PKB kraju ma sięgnąć 45 bln USD, wobec 35 bln USD w przypadku USA i 20 bln całej Europy. Na razie Chiny są w klasyfikacji jeszcze na szóstej pozycji - choć ktoś wyliczył, że gdyby uwzględniać parytet siły nabywczej, a nie kursy walutowe, przed nimi byłyby tylko Stany Zjednoczone.

Eldorado za Wielkim Murem

Inwestorzy ciągną do Chin. Stawiają fabryki nie patrząc, że obok takie same buduje konkurencja. Korzystają z wyjątkowo taniej siły roboczej oraz tanich kredytów, które nie zawsze trzeba spłacać (bo złych długów jest dużo, więc może być więcej).

Obecnie Chiny wszędzie są przedstawiane jako Eldorado. Dwa lata po wejściu do Światowej Organizacji Handlu (WTO), tamtejsza gospodarka nadal wykazuje spektakularne tempo wzrostu. W czwartym kwartale ub.r. rozwinęła się o 9,1% wobec poprzednich trzech miesięcy. W takim samym stosunku wzrosła w całym 2003 r., najszybciej od 1997 r. (i to pomimo choroby SARS). Ekonomiści twierdzą, że faktyczne tempo jest nawet zbliżone do 11-12%, a rząd rozmyślnie zaniża statystyki. Po co miałby to robić? By było mniej powodów, aby mówić o przegrzewaniu się gospodarki.

Złowieszcze liczby

Reklama
Reklama

Obok zawrotnego tempa wzrostu PKB, analitycy wymieniają: bezpośrednie inwestycje zagraniczne, przekraczające już 45% PKB (w zeszłym roku napłynęło ich do Chin najwięcej na świecie, 54 mld USD), wzrost eksportu o 35,6%, przyspieszającą inflację, ceny nieruchomości w dużych miastach dwukrotnie wyższe niż jeszcze rok temu, rekordowy import surowców, coraz większe rezerwy walutowe. Do tego H-share, indeks giełdy z Hongkongu, grupujący chińskie spółki, wzrósł w 2003 r. o 260%. Te fakty dla analityków są jednoznaczne: spekulacyjny balon się napełnia. Pytanie, kiedy pęknie.

W 2003 r. chińscy konsumenci jeszcze kupowali, w dużej mierze korzystając z kredytów (w stosunku rocznym w II połowie ich wartość wzrosła o 20%). Samochodów nabyli w drugim półroczu 85%, a komórek 56% więcej niż rok wcześniej. Lokalni wytwórcy nie podołali popytowi (choć produkcja przemysłowa zwiększyła się o 18%), więc rósł import - wzrósł nawet bardziej niż eksport (39,9%, wobec 35,6%).

W ub.r. Chiny wyprodukowały 35% wszystkich telefonów komórkowych na świecie, 40% telewizorów i 55% monitorów komputerowych. Za sprawą coraz nowszych inwestycji podaż jeszcze wzrośnie, a Chińczycy bez końca nie będą zwiększać konsumpcji, tym bardziej że inwestorzy nie tworzą zbyt wielu miejsc pracy (bezrobocie wynosi szacunkowo 20%, oficjalnie 4,7%) i baza potencjalnych konsumentów nie powiększa się. Bez końca kupować nie będzie też zagranica.

Władza nie chce

japońskiego scenariusza

Rząd podjął kroki, by nieco ostudzić rozgrzaną gospodarkę. M.in. podwyższył poziom rezerw obowiązkowych dla banków z 6% do 7% i zakazał finansowania z kredytów więcej niż 70% inwestycji w nieruchomości. Władza centralna ma jednak problemy, by zapanować nad samorządami lokalnymi, które korzystają z coraz szerszej autonomii. Na dodatek kwitnie korupcja i prawo nie zawsze jest respektowane.

Reklama
Reklama

Chińskie władze mają świadomość tego, co stało się w Japonii na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, gdy spekulacyjna bańka, nadmuchana w poprzednich latach (dla przykładu: grunty w Tokio były wyceniane wyżej niż w całej Kalifornii), pękła. Padł sektor bankowy, nagle wzrosło bezrobocie i na lata gospodarka pogrążyła się w recesji. Chińczycy wiedzą, że obecnie ich sytuacja bardzo przypomina tę sprzed kilkunastu lat i chcą uniknąć powtórki japońskiego scenariusza.Zdaniem ekonomistów, kolejnym ruchem chińskich władz ku wystudzaniu gospodarki będzie podwyżka stóp procentowych. Pozostają one bez zmian od ponad 10 lat i wynoszą 1,98% w stosunku do depozytów denominowanych w juanach.

Zagrożeń jest wiele

Analitycy mimo wszystko widzą przyszłość Chin w czarnych barwach. Przerost inwestycji jest oczywisty. Równie duże obawy budzi stan sektora bankowego. Według szacunków, złe długi stanowią ok. 50% udzielonych kredytów i reprezentują ponad 40% PKB (ok. 570 mld USD). Trzeba przy tym pamiętać, że w latach 1999-2000 chiński rząd wpompował w system bankowy ok. 200 mld USD, a pod koniec ub.r. kolejne 45 mld USD (właśnie z przeznaczeniem na wykup złych długów). Do Chin wkraczają banki zagraniczne i państwowe instytucje wymagają zdecydowanych reform, by podołać konkurencji. Tym bardziej że wkrótce rząd chce je prywatyzować - udziały chce zaoferować zagranicznym inwestorom.

Naciski na uwolnienie juana

Inne zagrożenie to sztywne powiązanie chińskiej waluty z dolarem. Naciski USA na uwolnienie bądź przewartościowanie juana sprawiły, że do Chin napłynęło sporo kapitału spekulacyjnego. Zagranica zainwestowała w chińskie aktywa w nadziei na szybki i łatwy zarobek, w momencie zmiany polityki walutowej. Jeśli stały kurs się utrzyma, bardzo możliwe, że Amerykanie - obecnie jedni z większych odbiorców chińskich towarów zza Wielkiego Muru - zdecydowanie rozszerzą restrykcje na ich import. Sami mogą się znaleźć wówczas w opałach, Chiny bowiem nadwyżki z handlu lokują teraz głównie w obligacjach USA, finansując rekordowy deficyt rządu Busha. Niedawno jedna z chińskich gazet doniosła, że przewartościowanie juana może być kwestią najbliższego miesiąca, ale bank centralny natychmiast uciął spekulacje.

Niepokój analityków budzi też postępujące rozwarstwienie społeczeństwa. W miastach ludzie zarabiają teraz 1000-1200 USD na rok, blisko trzy razy więcej niż na wsiach. W miastach szybciej też zarobki rosną, o około 20% co roku, a na terenach wiejskich o zaledwie 3%. W rolnictwie, które wytwarza tylko 17% PKB, pracuje ok. połowa Chińczyków. Co roku część z nich przyjeżdża w poszukiwaniu pracy do miast, ale tylko nieliczni znajdują zatrudnienie, przez co bezrobocie wzrasta. Według ekspertów, władza jest jednak jeszcze na tyle silna, że rozruchów społecznych nie należy spodziewać się zbyt prędko.

Reklama
Reklama

A rating w górę

Pomimo obaw ekonomistów o przyszłość chińskiej gospodarki, agencja Standard & Poor's pod koniec lutego podniosła rating - dla długu wyrażonego w walutach obcych - do poziomu takiego, jaki ma obecnie Polska. Decyzję tłumaczyła przyspieszeniem gospodarczym, rosnącymi rezerwami walutowymi i poprawą wyników państwowych przedsiębiorstw. S&P zaznaczyła przy tym, że niedługo ponownie może podnieść ocenę.

W ub.r. rezerwy walutowe Chin zwiększyły się o 177 mld USD, do rekordowych 403 mld USD. Kwota ta już sześciokrotnie przewyższa denominowane w obcych walutach krótkoterminowe zobowiązania kraju, a S&P przewiduje, że będzie nadal rosnąć.

- Komentarz

Czy eksperci-czarnowidze mają rację i Chiny za parę lat pogrążą się w recesji? Czas pokaże. Chińską gospodarką jednak coraz bardziej rządzą mechanizmy rynkowe, a coraz mniej państwo i analitykom coraz łatwiej przychodzą porównania z tym, co wydarzyło się gdzie indziej w przeszłości. A historia - jak wiadomo - lubi się powtarzać.

Reklama
Reklama

Tak pękał balon w JaponiiPo koniec lat 80. XX w. wydawało się, że japońska gospodarka będzie ciągnąć za sobą świat. PKB rósł o 5-6% rocznie, a jeśli chodzi o wybrane kwartały tempo przekraczało nawet 10%. Tani pieniądz spowodował istny boom w inwestycjach. Banki z chęcią udzielały kredytów pod drożejące w astronomicznym tempie grunty i nieruchomości (niektórzy obliczają, że w apogeum grunty w Japonii były o 50% droższe niż pozostałe na całym świecie). Łatwe pieniądze lokowano m.in. na giełdzie. Indeks Nikkei 225 wspinał się na kolejne szczyty (niemal przekroczył barierę 40 tys. pkt, obecnie ma nieco ponad 11 tys.). Bank Japonii postanowił zareagować i powstrzymać nakręcającą się spekulacyjną spiralę. Zacieśnił politykę monetarną i stopniowo podnosił stopy procentowe. Podrożały kredyty i balon w końcu pękł. Pierwszy pogrążył się sektor bankowy, zalany falą zadłużenia, którego nie można było odzyskać. Za sobą pociągnął całą gospodarkę. Nie było nowych inwestycji. Malały wydatki konsumentów. Japonia przez ponad dekadę boleśnie odczuwała skutki pęknięcia spekulacyjnej bańki. Dopiero w ostatnim kwartale ub.r. udało się Japończykom osiągnąć takie tempo wzrostu (7% rok do roku), jakie notowali w 1990 r.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama