Wygląda na to, że czar prysł. Oto bowiem wreszcie premier Hausner pokazał trochę więcej szczegółów dotyczących swojego planu. To już trzecia jego odsłona. Właściwie nie tyle planu, co raczej założeń do planu. Od kilku miesięcy epatowano nas informacjami o tym, jak to rząd ma zamiar ciąć wydatki, zarówno w sferze administracyjnej (to nie budziło bardzo silnych kontrowersji), jak i socjalnej (tu emocje były znacznie większe). Już zacząłem wierzyć w szczerość naszych najjaśniejszych rządzących (o ja naiwny!). Jakiś przebłysk świadomości dopadł mnie, kiedy nagle wicepremier Hausner wyciągnął pod koniec stycznia jak z kapelusza kwotę około 50 mld złotych, które zaoszczędzi się dzięki proponowanym przez niego zmianom.
W pierwszej chwili można było odnieść wrażenie, że nagle znalazło się gdzieś dodatkowe 20 mld złotych, wcześniej bowiem oszczędności miały dotyczyć 32 mld złotych. Szybko okazało się jednak, że różnica związana jest z błędną interpretacją poprzednio publikowanych wielkości, a wszystkiemu winni są dziennikarze. Przynajmniej takiej wersji trzymali się przedstawiciele rządu. Tak czy inaczej, 50 mld oszczędności brzmi znacznie lepiej niż 32 mld oszczędności, nawet gdyby oznaczało nie to samo. I zdaje się, że o kwestię brzmienia chodziło przede wszystkim.
No i przyszło apogeum, a więc przesłanie Platformie Obywatelskiej szczegółów reform. I co się okazuje? Otóż oszczędności, formalnie nazywane teraz sumą obligacji, które musiałyby zostać wyemitowane, gdyby rozwiązania rządowe nie zostały wprowadzone, mają osiągnąć poziom aż 54 mld złotych. Czyli jest jeszcze lepiej? No, właśnie problem w tym, że - niestety - nie do końca.
Gruntowne przeanalizowanie danych pokazuje, że cała ta reforma w znacznej mierze opiera się właśnie na zwiększeniu wpływów do budżetu. Teraz jasne jest, dlaczego podrzucono nam pojęcie oszczędności wynikających z mniejszej emisji obligacji. Emisja obligacji związana jest z koniecznością sfinansowania deficytu budżetowego. Ten można zmniejszyć albo cięciami po stronie wydatków, albo zwiększaniem dochodów. I zdaje się, że plan racjonalizacji wydatków polega de facto w znacznej mierze na intensyfikacji dochodów.
Mówiąc innymi słowy: jeszcze parę miesięcy temu myśleliśmy, że plan Hausnera będzie polegał na zaoszczędzeniu 32 mld złotych, w tym 20 mld złotych w administracji. Jeszcze jaśniej: gdyby nie było reform, to państwo musiałoby wydać 32 mld złotych więcej w latach 2004-2007 na administrację oraz na zabezpieczenie socjalne. Uznaliśmy to za krok w dobrym kierunku. Plan nazwano planem minimum, dawał on bowiem spore szanse, choć nie pewność, że nie dojdzie do załamania finansów publicznych. Teraz okazuje się nagle, że tak naprawdę cięcia wydatków w znacznej części przypadków są fikcją.