- Będzie się bił za Polskę - wykrzyknął promotor, powiewając flagą - a jakże - biało-czerwoną. - To ja chyba jestem z Australii - odpowiedziałbym równie głośno, gdyby mnie ktoś zaprosił do Nowego Jorku. - Chodzi o pieniądze - przyznał szczerze sam zainteresowany. Obaj wiedzą, co mówią. Polonia płaci przecież za "pay per view" zielonymi. A i w ojczyźnie trzeba nakręcić koniunkturę. To uświadamia, jak ważny jest wybór strategii. Dobry wybór to umiejętność cenna, potrzebna i trudna - niczym dobry boks czy dalekowschodnia sztuka walki.
Nikt mnie nie zmusi do oglądania "sportowca", który leje słabszych na ulicy, a w starciu z silniejszymi za każdym razem robi z siebie pośmiewisko na ringu. Rozumiem, że kilka lat minęło i brakuje kasy, ale proszę: odrobinę szacunku dla widza. - Powiedzcie kibicom, że wróciłem - mówi "narodowy bohater". A po cholerę? Panie Byrd, niech mu pan przyłoży porządnie.
- Oni się bili za Polskę - mógłby wykrzyknąć ktoś - wskazując wójta Kobierzyc, szefa agencji inwestycji zagranicznych i wysokich urzędników Ministerstwa Gospodarki. Rezultat: odesłani do narożnika. Nokaut po raz trzeci. Oj, nie jest dobrze. Minister Pol wykonuje unik, zasłaniając się jakimś kawałkiem autostrady, który za kilka lat połączy, co potrzeba. Ma pewnie z pół kilometra, więc pomoże tyle, co umarłemu kadzidło. Huyandai dokonał wyboru i już. Ale, ale... jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Mimo zamiłowania do dalekowschodniej niezawodności, na mnie - jako na klienta - Koreańczycy nie mają już co liczyć. No bo kto powiedział, że klient nie może wybierać świadomie, biorąc pod uwagę - przepraszam za niemodne wyrażenie - imponderabilia. O wyborze konsumenta decydują z grubsza trzy rzeczy: jakość, cena i marka (kolejność dowolna). Jedni wybierają markę, nie bacząc na cenę i jakość. Dotknięci są bowiem snobisticum skleroticis. Dlaczego snobisticum, wiadomo. Dlaczego skleroticis? Bo co by o tym nie mówić, skleroza zawęża horyzonty. Inni słusznie wybierają jakość. Jeszcze inni - i tych, niestety, jest najwięcej - kierują się tylko ceną. Mniej ich nie będzie, skoro dostajemy po nosie od kolejnych inwestorów. Przeciwnicy w walce konkurencyjnej traktują nas jak worek treningowy, obijając niemiłosiernie.
Dopóki nie będziemy lepiej przygotowani do pojedynku, nic się nie zmieni. Możemy tylko stosować chwyty obronne. Jak się Hyundaiowi 40-milionowy rynek nie podoba, to niech sobie sprzedaje auta na Słowacji. Pamiętają Państwo hasło: dobre, bo polskie (bądźmy pragmatyczni: produkowane w Polsce). Ja bym je dla przyzwoitości odwrócił: jak dobre, to kupuję polskie. I już. Nie ma się co wstydzić. Jest też teraz nowa propozycja: kupując nasze, dajesz pracę. Czyli nie tylko sam świadomie wybierasz, ale i innym też dajesz jakiś wybór, czasem na wagę chleba. Dlatego postawiłem krzyżyk na Hyundaiu. Unia wkrótce przywoła nas do porządku. Dla niej to nie żaden patriotyzm konsumencki, tylko ciemnogród. Więc promujmy sztukę wybierania, póki jeszcze można.
Trening się przyda. Władza przez cztery lata - bez przerwy - okłada nas z każdej strony: podatkami, aferami, głupotą i chamstwem. My możemy jej oddać tylko raz, prezentując umiejętność wyboru. Po ostatnich bijatykach słaniam się na nogach i skłonny byłbym chyba zastosować unik. W samoobronie (nie mylić z Samoobroną). Bo spójrzmy na ostatnie lata: "prawy" prosty wielu wykończył nerwowo, a i finansowo urządził gospodarkę na cacy. "Lewy" prosty, niczym u Michalczewskiego, albo - nomen omen - sierpowy sprawił, że pod wszystkimi ugięły się kolana, a oczy mamy tak podbite, że słabo widzimy jakiekolwiek perspektywy. No, może z wyjątkiem grupy trzymającej się władzy niczym lin na ringu. Pozostaje "środek", ale, przyznam szczerze, jestem niespokojny. Może da chwilę oddechu, ale co dalej? Skąd pewność, że nie przywali znienacka jakimś hakiem. A jeśli nawet przetrwamy wszystkie cztery rundy, to i tak pewnie wygra na punkty, bo ma układy. Nie tylko w Warszawie.Więc jak przyjdzie co do czego - czy w terminie - czy też przed - pierwszy raz rzucę chyba ręcznik na deski. Unik? A co mam wybrać? Samoobronę (nie mylić z samoobroną)?