Reklama

"Sprzedajmy" Niceę

Za Niceę możemy polec, ale nie mamy szans jej obronić

Publikacja: 09.03.2004 08:41

Nasze relacje z Unią, do której przystępujemy za dwa miesiące, są - mówiąc najdelikatniej - niełatwe. Traktat akcesyjny jest dla Polski więcej niż surowy. My z kolei blokujemy na razie "europejską konstytucję". Nie wiem, czy dobrze się stało, że przyjęliśmy warunki, które wymusiła Unia - być może należało powiedzieć, że dziękujemy i poczekać. Ale byłaby to strategia dość ryzykowna. Nawet za kilka lat, kiedy można będzie sporządzić pierwszy bilans naszego członkostwa, trudno będzie ocenić, czy jego odroczenie było potencjalnie lepszym wyjściem. Ale przecież stało się - wstępujemy. Co więc powinniśmy zrobić, żeby uzyskać możliwie duże korzyści (a może, żeby jak najmniej stracić)?

Przede wszystkim nie umierać za Niceę no i nie narażać się wpływowym krajom "15" pustymi gestami. Nasz rząd i główny człon opozycji stosują strategię dokładnie odwrotną: deklarują w naszym imieniu męczeństwo i drażnią unijne tygrysy, broniąc zasad, które - cokolwiek sądzić by o nich generalnie - są i będą dla nas kłopotliwe.

Obrona Nicei wynika z prostej (by nie powiedzieć prostackiej) diagnozy: przyjęliśmy surowe (właściwie dyskryminujące) warunki finansowe w traktacie akcesyjnym, ale dysponując z nicejskiego rozdania 26 głosami, możemy w przyszłości skutecznie blokować te decyzje Unii, które godzić będą w nasze interesy. W takiej mierze, w jakiej ta diagnoza jest poprawna, obrona Nicei jest obroną naszych elementarnych interesów. Kłopot w tym, że diagnoza jest wysoce wątpliwa.

Władzy negatywnej można skutecznie użyć w Unii tylko wyjątkowo, a i tak trzeba liczyć się z retorsjami. Zresztą, nawet mając 26 głosów, warunkiem uzyskania wpływu na bardzo wiele decyzji Unii będzie udział w odpowiednio dużej koalicji. Patrząc realistycznie na mapę interesów poszerzonej Unii, trudno to oceniać z optymizmem. Ponadto, nie można nie dostrzec, że system nicejski jest rzeczywiści zawiły, a nasz przydział głosów nie pozostaje w żadnej rozsądnej proporcji do naszego potencjału ludnościowego, a przede wszystkim gospodarczego. No i jesteśmy z naszym nicejskim postulatem właściwie izolowani. Za Niceę możemy polec, ale obronić jej nie mamy szans.

Jednak nasza odmowa ratyfikacji konstytucji (w ciągu kilku lat - traktat nicejski został zawarty na pewien okres) jest jakimś argumentem przetargowym. Powinniśmy go jednak wykorzystać nie w obronie Nicei, ale domagając się takiej modyfikacji konstytucji, która da nam realną ochronę przed dyskryminacją w kwestiach gospodarczych, szczególnie finansowych. Niestety, pod rządami konstytucji w obecnym kształcie możliwa jest nie tylko dyskryminacja polskich rolników w nieograniczonym czasie, nie tylko możemy w nieskończoność płacić część składki za Wielką Brytanię, nie tylko będziemy zmuszeni pogodzić się z dowolnymi wydatkami niemieckiego rządu na terenie byłej NRD, ale możemy też dostawać dowolnie niskie transfery środków strukturalnych (mimo że cała Polska ma poziom PKB niższy niż 75% przeciętnego Unii). Jestem więc przekonany, że powinniśmy (bez fałszywych patriotycznych uniesień) "sprzedać" Niceę za ustanowienie w konstytucji realnych (podkreślam - realnych) zasad solidarności w Unii. Te zasady są nominalnie unijnym fundamentem, ale przecież widać jak na dłoni, że "15" chce je zawiesić na haku historii.

Reklama
Reklama

Ale czy można liczyć, że "oni" się na to zgodzą? Żadnych gwarancji nie ma, ale większa jest szansa na takie modyfikacje konstytucji niż na skuteczną obronę Nicei. Jeżeli jednak Polska napotkałaby twarde "nie", to byłby to jawny znak, że "15" wyklucza nasze członkostwo na jako tako równoprawnych warunkach. Nie byłaby to dla nas dobra wiadomość, ale przecież nie wolno chować głowy w piasek.Prowadząc z Unią trudną grę, nie należy bez bardzo ważnej potrzeby - a tym bardziej w wątpliwej sprawie - deptać po odciskach najbardziej wpływowych państw "15". Ale L. Miller niedawno to wykonał. Mam na myśli list "6" w obronie zasad paktu stabilizacji. Wiadomo, że kilka krajów starej Unii ma kłopoty z utrzymaniem w ryzach deficytu budżetowego (limit 3% PKB). Pojawiły się więc pomysły złagodzenia normy. W perspektywie teorii ekonomi te pomysły muszą być uznane za kontrowersyjne (ale nie po prostu błędne). Polska nie jest jeszcze członkiem Unii, a przede wszystkim mamy (i mieć będziemy) swoje poważne kłopoty z budżetem. W tym przypadku francuski prezydent miałby, niestety, prawo powiedzieć, że nie skorzystaliśmy z okazji, by być cicho. Dlaczego? Może dlatego, że L. Miller ma potrzebę złożenia swojego podpisu obok podpisów innych szefów rządów? Bardziej uzasadnionego powodu nie widać.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama