Nasze relacje z Unią, do której przystępujemy za dwa miesiące, są - mówiąc najdelikatniej - niełatwe. Traktat akcesyjny jest dla Polski więcej niż surowy. My z kolei blokujemy na razie "europejską konstytucję". Nie wiem, czy dobrze się stało, że przyjęliśmy warunki, które wymusiła Unia - być może należało powiedzieć, że dziękujemy i poczekać. Ale byłaby to strategia dość ryzykowna. Nawet za kilka lat, kiedy można będzie sporządzić pierwszy bilans naszego członkostwa, trudno będzie ocenić, czy jego odroczenie było potencjalnie lepszym wyjściem. Ale przecież stało się - wstępujemy. Co więc powinniśmy zrobić, żeby uzyskać możliwie duże korzyści (a może, żeby jak najmniej stracić)?
Przede wszystkim nie umierać za Niceę no i nie narażać się wpływowym krajom "15" pustymi gestami. Nasz rząd i główny człon opozycji stosują strategię dokładnie odwrotną: deklarują w naszym imieniu męczeństwo i drażnią unijne tygrysy, broniąc zasad, które - cokolwiek sądzić by o nich generalnie - są i będą dla nas kłopotliwe.
Obrona Nicei wynika z prostej (by nie powiedzieć prostackiej) diagnozy: przyjęliśmy surowe (właściwie dyskryminujące) warunki finansowe w traktacie akcesyjnym, ale dysponując z nicejskiego rozdania 26 głosami, możemy w przyszłości skutecznie blokować te decyzje Unii, które godzić będą w nasze interesy. W takiej mierze, w jakiej ta diagnoza jest poprawna, obrona Nicei jest obroną naszych elementarnych interesów. Kłopot w tym, że diagnoza jest wysoce wątpliwa.
Władzy negatywnej można skutecznie użyć w Unii tylko wyjątkowo, a i tak trzeba liczyć się z retorsjami. Zresztą, nawet mając 26 głosów, warunkiem uzyskania wpływu na bardzo wiele decyzji Unii będzie udział w odpowiednio dużej koalicji. Patrząc realistycznie na mapę interesów poszerzonej Unii, trudno to oceniać z optymizmem. Ponadto, nie można nie dostrzec, że system nicejski jest rzeczywiści zawiły, a nasz przydział głosów nie pozostaje w żadnej rozsądnej proporcji do naszego potencjału ludnościowego, a przede wszystkim gospodarczego. No i jesteśmy z naszym nicejskim postulatem właściwie izolowani. Za Niceę możemy polec, ale obronić jej nie mamy szans.
Jednak nasza odmowa ratyfikacji konstytucji (w ciągu kilku lat - traktat nicejski został zawarty na pewien okres) jest jakimś argumentem przetargowym. Powinniśmy go jednak wykorzystać nie w obronie Nicei, ale domagając się takiej modyfikacji konstytucji, która da nam realną ochronę przed dyskryminacją w kwestiach gospodarczych, szczególnie finansowych. Niestety, pod rządami konstytucji w obecnym kształcie możliwa jest nie tylko dyskryminacja polskich rolników w nieograniczonym czasie, nie tylko możemy w nieskończoność płacić część składki za Wielką Brytanię, nie tylko będziemy zmuszeni pogodzić się z dowolnymi wydatkami niemieckiego rządu na terenie byłej NRD, ale możemy też dostawać dowolnie niskie transfery środków strukturalnych (mimo że cała Polska ma poziom PKB niższy niż 75% przeciętnego Unii). Jestem więc przekonany, że powinniśmy (bez fałszywych patriotycznych uniesień) "sprzedać" Niceę za ustanowienie w konstytucji realnych (podkreślam - realnych) zasad solidarności w Unii. Te zasady są nominalnie unijnym fundamentem, ale przecież widać jak na dłoni, że "15" chce je zawiesić na haku historii.