Wśród niektórych naszych parlamentarzystów najwyraźniej panuje etos partyzanta. Sprawy się mają tak: wróg (rząd sprzymierzony po cichu z Komisją Europejską) opanował kraj i chce wprowadzić szereg krzywdzących naród rozporządzeń. Okupant chce obcinać niektóre wydatki, likwidować różne instytucje, zmniejszać subsydia albo wprowadzać wyższe podatki. Z wrogiem tym nie można, niestety, zmierzyć się w otwartym polu, bowiem dysponuje silną bronią. A to pokaże, że się do czegoś zobowiązaliśmy, przystępując do Unii, a to wymyśla, że deficytu budżetowego nie da się już zwiększać, a to straszy wzrostem długu publicznego i osłabieniem złotego. Od czegóż jednak stara partyzancka taktyka? Bitwy w otwartym polu należy unikać (a nuż wyrzucą z klubu?), należy głośno zgadzać się z koniecznością ograniczeń wydatków, wręcz krytykować rząd, że jego działania na rzecz obniżki deficytu są niedostatecznie śmiałe. Ale kiedy tylko zmylony pozorną uległością okupant obniży czujność i wyśle do Sejmu projekty ustaw - wtedy go mamy! Wtedy w ostatniej chwili zgłaszać poprawki, proponować rezygnację z dochodów podatkowych, zwiększać wydatki! A zwłaszcza wtedy robić to wszystko, kiedy włączone są kamery telewizyjne i naród może ujrzeć swoich dobroczyńców w akcji!

Przepraszam. Wiem, że piszę rzeczy niepopularne. Znacznie milej byłoby napisać, że trzeba z miejsca obniżyć podatki i krytykować rząd za niezbyt przemyślane decyzje, a Unię za niekorzystne dla nas rozwiązania w sprawie VAT-u na internet.

Też uważam - jak zapewne zdecydowana większość Czytelników - że podatki w Polsce powinny być niższe, że wiele wydatków przedsiębiorstw powinno się łatwiej dać zaliczać w koszty, że na wiele dziedzin powinno się przeznaczyć więcej pieniędzy i że nasz rząd bardzo rzadko potrafi w otwarty, jasny i przekonujący sposób wyjaśnić, dlaczego takie, a nie inne działania są niezbędne. Tyle że aby można było obniżyć podatki, potrzebne są odpowiedzialne działania po stronie wydatków - a nie demagogia i populizm, obliczone tylko na zdobycie kilku dodatkowych głosów wyborczych. Parlamentarzysta, który przedstawi plan obniżenia jakiegoś podatku albo nawet sensownej ulgi podatkowej (choć to zawsze jest bardziej ryzykowne, bo rzadko kiedy z ulgi korzystają potem ci, którzy powinni), wskazując jednocześnie taki sposób sfinansowania zmiany, który spowoduje neutralny skutek dla budżetu, z pewnością może liczyć na mój głos, a przynajmniej szacunek. Ale błagam! Nie słuchajmy partyzanta, składającego znienacka wnioski o zwiększenie dotacji do takiej to a innej cennej działalności, głosującego za obniżeniem stawki VAT, którą - zgodnie z unijnym prawem - Polska musi podwyższyć. Tłumaczącego, że jego propozycję da się łatwo sfinansować "wzrostem ściągalności podatków" (najbardziej popularne kłamstwo parlamentarne, jakie znam), czy deklarującego się jako gorący zwolennik obniżki podatku dochodowego, a w tym samym czasie ogłaszającego miłość do KRUS (i konieczność obrony każdej złotówki wydawanej przez ten dziurawy system). Krytykujmy nieudane pomysły rządu, ale nie dajmy się nabrać szarlatanom mówiącym same rzeczy miłe dla ucha, ale całkiem nieprawdziwe i niemożliwe do realizacji.

Nie przehandlowujmy naszego zdrowego rozsądku za populistyczne, choćby najmilej brzmiące, hasła.