Obecny tydzień powinien dać definitywną odpowiedź na pytanie, czy na amerykańskim szerokim rynku doszło do zmiany średniookresowego trendu. S&P 500 spadł od szczytu o 4,5%. To niewiele jeśli wziąć pod uwagę skalę wcześniejszego wzrostu. Natomiast sporo w porównaniu z wielkością korekt z ostatniego roku. Najgłębsza zniżka wyniosła w tym czasie 5,4% i wystąpiła w drugiej połowie marca ub.r. Można więc przyjąć, że większy spadek będzie kolejnym sygnałem potwierdzającym zmianę średniookresowej tendencji na malejącą. To każe kluczowe wsparcie zlokalizować na wysokości 1094 pkt. Ten poziom ma tym większe znaczenie, że tuż powyżej przebiega średnia krocząca ze 100 sesji. S&P 500 po raz ostatni poniżej niej znajdował się blisko rok temu. Po przełamaniu bariery 1094 pkt indeks będzie zmierzał do 1000 pkt.

Średnią kroczącą ze 100 sesji zdołał już przerwać Nasdaq. Tutaj sygnały sprzedaży są bardzo wyraźne. Na segment technologiczny negatywnie oddziałuje styczniowe fałszywe wybicie ponad szczyt z przełomu 2001 i 2002 r., któremu towarzyszył bardzo duży wolumen obrotu. Można przypuszczać, że teraz akcje, nabywane w oparciu o ten zwodniczy sukces byków, trafiają na rynek przyczyniając się do napędzania zniżki. W tej sytuacji jest mało prawdopodobne, aby zatrzymała się ona wcześniej niż w okolicy 1800 pkt. Tutaj wsparcie wyznacza dolna granica półtorarocznego kanału wzrostowego. Do mocniejszego odbicia prawdopodobnie dojdzie jednak dopiero po osiągnięciu 1670 pkt, gdzie wypada 38,2-proc. zniesienie fali zwyżkowej, trwającej od jesieni 2002 r.

Decydują się losy koniunktury na japońskim parkiecie. Kontynuacja wzrostu, stymulowanego rozpoczętym w połowie lutego spadkiem kursu jena, napotyka coraz większe trudności. Nikkei wrócił w rejon jesiennego maksimum (11 162 pkt). Jego przebicie będzie oznaczać dłuższe pogorszenie nastrojów i zapewne zakończenie kolejnej korekty wieloletniej bessy. W ten sposób otworzy się droga do spadku przynajmniej do 9 tys. pkt.