Oferta cieszyła się znacznym zainteresowaniem zarówno inwestorów instytucjonalnych, jak i prywatnych. Jak podała belgijska gazeta "De Tijd", już w czwartek chętnych było na dwa razy więcej akcji niż zaoferowano. A zaoferowano pakiet prawie 47% udziałów w firmie z Belgii. Papiery sprzedają trzy telekomy: amerykański SBC Communications, Singapore Telecommunications i duński TDC. Większość ma belgijski rząd i tak na razie pozostanie. Po giełdowym debiucie spółki chce zachować w niej 50% udziałów i jedną akcję. Kilka procent jest w posiadaniu samego Belgacomu. Firma chce ich jeszcze trochę dokupić w ofercie i ewentualnie umorzyć. Choć analitycy uważają, że równie dobrze może je zatrzymać, by w przyszłości mieć środki na akwizycje.
Widełki cenowe papierów w prospekcie emisyjnym ustalono na 23-26,5 euro za sztukę. Po ile ostatecznie trafiły w ręce inwestorów, wiadomo będzie w poniedziałek. Przed rozpoczęciem zapisów analitycy nie wróżyli, by akcje Belgacomu cieszyły się dużym wzięciem - wskazywali, że powinny zostać sprzedane poniżej 25 euro. Mówili, że choć telekom jest jednym z nielicznych na Starym Kontynencie praktycznie bez długów, to notuje niską dynamikę wzrostu przychodów i nie zdobywa nowych klientów.
Jako zachętę można było natomiast odebrać oferowaną dywidendę. Didier Bellens, dyrektor generalny firmy, powiedział, opierając się na szacunkach na 2004 r., że jej stopa wyniesie powyżej 5%. Zdaniem ekspertów, powinno to przyciągnąć m.in. fundusze emerytalne.
Belgacom, który trafi na giełdę Euronext, pojawi się w indeksie największych belgijskich firm Bel20. Zastąpi spółkę Tessenderlo Chemie, jednego z potentatów na lokalnym rynku chemicznym.
Europejski rynek IPO bez wątpienia odżył. W tym miesiącu do publicznego obrotu trafiają akcje za kilka miliardów euro. Oferta Belgacomu jest największa od ponad trzech lat. Wtedy na giełdzie pojawił się operator telefonii komórkowej Orange, który został częściowo odłączony od France Telecomu. Jego właściciel zebrał z rynku 6,3 mld euro.