Ostatnie dni były bardzo ciekawe. Przynajmniej na rynku walutowym. Oto bowiem Ministerstwo Finansów zapowiedziało, że będzie sprzedawać waluty pochodzące z emisji obligacji.
Zaraz na początku należy postawić pytanie: po co w ogóle anonsowano tego typu transakcję? Odpowiedź pierwsza: ano po to, żeby dokonać słownej interwencji. Sygnalizujemy możliwość sprzedaży, ale tak naprawdę to nie wiadomo, czy w ogóle coś zrobimy. Rządowi w tej chwili zależy na umocnieniu złotego, a przynajmniej na wzroście jego wartości w stosunku do euro. Jak kurs nie spadnie, to będzie problem z wielkością polskiego zadłużenia zagranicznego i z progami ostrożnościowymi. Posłuszni inwestorzy, czy raczej powinniśmy powiedzieć spekulanci, zaczęli więc otwierać pozycje. Rzecz zbiegła się z zakończeniem, choć nieco pozornym, okresu walki o pierwsze ustawy z tzw. planu Hausnera, no i w efekcie złoty zaczął rzeczywiście zyskiwać. W stosunku do najniższego poziomu z tego roku na rynku EUR/PLN wzrósł o 20 groszy. Problem w tym, że na inwestorów zagranicznych słowne interwencje mogą działać, ale na pewno nie w nieskończoność. I wie o tym chyba nawet samo MinFin. Wygląda więc na to, że zapowiedź transakcji nie była jedynie słowną interwencją. Mamy więc odpowiedź drugą: Ministerstwo naprawdę zamierzało środki przewalutować. Skoro tak, to w normalnej sytuacji powinno mu zależeć na jak najwyższym kursie, bo wiadomo, że im wyższy kurs, tym większe wpływy z tej transakcji. Poza tym, w normalnej sytuacji, nikomu nie zależy na zachwianiu kursem. Wiadomo, że podstawa to stabilność na rynku. No tak, ale my w normalnej sytuacji nie jesteśmy, kurs euro jest obecnie niebezpiecznie wysoki dla naszych finansów publicznych. A sprzedaż walut mogłaby go obniżyć.
Ministerstwo zapowiada więc zamianę, w efekcie otwierane są pozycje, złoty się umacnia i... w tym momencie okazuje się, że ministerstwo będzie przewalutowywać, ale nikt nie powiedział, że już, że od razu, że natychmiast. Czyli równie dobrze może to trwać i parę miesięcy. Dowiadujemy się przy tym, że ministerstwo złotych ma w bród, nie jest więc przyciśnięte do muru. W efekcie część spekulantów zamyka pozycje, bo nie za bardzo bowiem wiadomo, ile trzeba będzie czekać. W dodatku po raz kolejny pogarsza się sytuacja polityczna, rozłam w SLD wisi na włosku (jak się potem okazało włosek ten pękł). Złoty więc traci. Mniej więcej w tym czasie kolejny przedstawiciel MinFin mówi, że właśnie zaczyna się przewalutowywanie. Paradoksalnie złoty traci dalej, więc albo wiceminister ma złe informacje, albo polityka bierze górę nad doraźnymi spekulacjami związanymi z przepływem środków. I na to wszystko wypowiada się sam szef resortu, który mówi, że fluktuacje na rynku walutowym są złe, bo odstraszają inwestorów. Oczywiście, minister nie miał zapewne na myśli ostatnich fluktuacji, tylko znacznie poważniejszy proces, który obserwujemy w ostatnich kilkunastu miesiącach (inna sprawa, że ministerstwo miało w nich swój udział), ale zebranie tych wszystkich wypowiedzi wygląda, delikatnie rzecz biorąc, ciekawie.Hmm... i jak to wszystko skomentować? Może lepiej się powstrzymam. Powiem tylko tyle, że jeśli celem ministerstwa było zwykłe zebranie środków, to nie należało nic mówić, nie należało doprowadzać do wcześniejszych wzrostów wartości złotego, tylko po prostu wejść na rynek i działać. W efekcie zwiększono by wpływy w złotych. Jeśli z kolei celem było umocnienie naszej waluty, to trzeba było pójść za ciosem i sprzedawać, gdy złoty się umacniał, w myśl zasady, że jeśli interweniować, to z trendem. Wtedy byłaby szansa na poważniejszy ruch. Oczywiście, zamykanie pozycji doprowadziłoby do odreagowania, ale i tak zostalibyśmy na wyższym poziomie, czyli złoty byłby mocniejszy. Pozostaje jeszcze kwestia czynników politycznych. Niepewność osłabia walutę. W takiej sytuacji nie było sensu sprzedawać czegokolwiek przed osłabieniem wywołanym rozpadem SLD i zmianami w rządzie. Z tym, że nie wiadomo, czy o planach polityków wiedzieli decydenci z Ministerstwa Finansów. Pytanie tylko, czy nawet gdyby wiedzieli, cokolwiek by to zmieniło...