Przedsiębiorcy zebrani na konferencji "Rozszerzenie UE a handel międzynarodowy", zorganizowanej przez Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych, zastanawiali się, jak wykorzystać szanse związane z otwarciem nowych rynków po akcesji. Okazało się, że zagrożeniem dla rozwoju jest niejednokrotnie zbyt szybkie wprowadzanie prawa obowiązującego w UE i administracja nieprzygotowana na potrzeby firm.

Przykładem jest branża motoryzacyjna. Rząd zdecydował się na zastąpienie polskich norm technicznych (takie jak certyfikat "B") kosztownymi normami unijnymi (znak "CE"). Nie wprowadził jednocześnie ułatwień dla polskich producentów. - Rozwiązaniem dla polskich wytwórców byłoby łączenie się w konsorcja, które wspólnie starają się o certyfikaty. To zapewniłoby zmniejszenie kosztów. Tymczasem polski rząd nie akceptuje takiego rozwiązania. W rezultacie - zaczniemy korzystać z ośrodków badawczych w innych krajach, w których nikt nie ma nic przeciwko takim konsorcjom - tłumaczył Antoni Dąbrowski, prezes Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych.

Inną kwestią poruszaną przez przedstawicieli sektora prywatnego są regulacje dotyczące kwestii społecznych. - Realnym zagrożeniem dla polskiej gospodarki jest przyjęcie wszystkich zdobyczy socjalnych Unii, związanych z rozbudowanymi prawami pracowniczymi i ochroną środowiska. Niestety, implementując takie regulacje, nie dogonimy szybko Europy - stwierdził Tomasz Sielicki, prezes ComputerLandu. Jego zdaniem, elastyczność praw pracowniczych może okazać się kluczem do konkurowania o nowe rynki.

Z uwagami przedsiębiorców zgodził się Sławomir Zieliński, wiceminister gospodarki. - Rzeczywiście, w niektórych dziedzinach poszliśmy we wdrażaniu unijnego prawa dalej niż kraje członkowskie - powiedział.