Podczas zebrania rady 64-letni Reed oświadczył, że zamierza pozostać prezesem NYSE do przyszłorocznego WZA, a w tym czasie giełda powinna nadal poszukiwać stałego prezesa. Z formalnego punktu widzenia stanowisko to pozostało nieobsadzone od września 2003 r., kiedy w atmosferze skandalu do dymisji podał się ówczesny prezes i dyrektor generalny NYSE Dick Grasso. Powodem jego odejścia było ujawnienie, że roczny pakiet jego zarobków osiągnął zawrotną kwotę 187,5 mln USD. Reed objął wówczas stanowisko tymczasowego prezesa, zadowalając się symbolicznym wynagrodzeniem w wysokości jednego dolara. Giełda postanowiła rozdzielić dwa główne stanowiska - prezesa i CEO. Od kilku miesięcy tę drugą funkcję pełni John Thain z rocznym uposażeniem w wysokości 4 mln USD. Nie wiadomo natomiast, czy Reed także w tym roku będzie pełnił swoje obowiązki za symbolicznego dolara.

Powodem przedłużenia kadencji obecnych członków rady giełdy okazała się z kolei zbyt duża liczba kandydatów do nowej rady. W otwartym procesie nominacji zgłoszono aż 110 osób. Dalsza selekcja, której przewodzi była sekretarz stanu USA Medeleine Albright, będzie jednak tak czasochłonna, że rada zdecydowała się nie zmieniać swojego składu do kwietnia 2005 r. NYSE jest prywatną korporacją i nie obowiązują jej przepisy o spółkach publicznych.

Decyzję o przedłużeniu kadencji rady i niepowoływaniu nowego prezesa przyjęto krytycznie na Wall Street. Największy fundusz emerytalny w USA, Calpers, uznał ją za kolejny dowód na to, iż NYSE wciąż ma kłopoty ze zrealizowaniem wewnętrznych reform. Nie jest to do końca prawdą. W ciągu sześciu miesięcy od odejścia Grasso NYSE przyjęła nowe wewnętrzne regulacje, upodobniające ją do spółek publicznych i zmieniła system podejmowania decyzji. Jedynym problemem wydają się teraz kwestie personalne.