Reklama

Nastroje zależą od dochodów

Z dr. Pawłem Wójcikiem, członkiem zarządu instytutu badawczego IQS and QUANT Group, rozmawia Krzysztof Stępień

Publikacja: 09.04.2004 10:11

Od połowy ubiegłego roku obserwujemy wyraźny rozdźwięk między pogarszającymi się nastrojami konsumentów a danymi mówiącymi o poprawie koniunktury gospodarczej w Polsce. Z czego to wynika?

To dobre pytanie, choć część odpowiedzi na nie musi mieć status hipotez. Analizy przeprowadzone u nas i na Zachodzie pokazują, że dwie zmienne są krytyczne dla poziomu wskaźnika optymizmu konsumentów. To bezrobocie oraz dochód pozostający do dyspozycji konsumentów. Inaczej mówiąc to, co ludziom zostaje, gdy pokryją niezbędne wydatki. Można go przeznaczyć na rzeczy nie będące pierwszą potrzebą, można też zaoszczędzić. Im większy dochód, tym większe poczucie "komfortu" finansowego. Zmiany tego rodzaju dochodu wpływają w bardzo dużym stopniu na poziom optymizmu. Wynika z tego, że wartość wskaźnika optymizmu jest najbardziej skorelowana z oceną obecnej sytuacji gospodarstwa domowego. Statystycznie związek jest tu bardzo wyraźny. Zatem rozdźwięk, o który Pan pyta, to wynik wysokiego bezrobocia i tego, że poprawa koniunktury gospodarczej nie ma przełożenia na portfele ludzi.

W ankiecie są przecież pytania związane z oczekiwaniami. Władze starają się zakorzenić w społeczeństwie przeświadczenie, że w niedalekiej przyszłości będzie lepiej i coraz więcej ludzi skorzysta ze wzrostu gospodarczego. Czy badani skupiają się jedynie na teraźniejszości?

Wskaźnik optymizmu odzwierciedla subiektywne postrzeganie aktualnej rzeczywistości. Mamy, niestety, bardzo niski poziom edukacji ekonomicznej. Dlatego pytanie o sytuację ekonomiczną Polski nic ludziom nie mówi. Każdy rozumie przez to coś innego. Jeden bezrobocie, inny plan Hausnera, który zabierze pieniądze itp. Wskaźnik optymizmu konsumentów jest więc w dużym stopniu barometrem nastrojów społecznych.

Dziś odzwierciedla on niepokoje społeczne. Z naszego badania "Styl życia polskich konsumentów" wyraźnie widać, że zdecydowanie wzrósł odsetek ludzi, którzy boją się przyszłości. Teraz boi się jej ponad połowa Polaków. To znacznie więcej niż w 1997 r., kiedy ten udział wynosił niewiele ponad 1/3.

Reklama
Reklama

Ludzie są zdezorientowani. Nie wiedzą, co ich czeka w przyszłości. A czekają ich zmiany na wielu płaszczyznach z powodu wejścia do Unii Europejskiej, zmiany rządu. Wzmacnia się pozycja Samoobrony w sondażach. Wiele osób obawia się, co się stanie, jak dojdzie do władzy. Na to wszystko nakłada się duże bezrobocie i brak subiektywnie postrzeganego wzrostu dochodu do dyspozycji.

Mamy do czynienia z niepewnością połączoną z pesymizmem. To odbija się na nastrojach. Poczucie niepewności ma też praktyczne przełożenie na określone zachowania. Szczególnie widoczne są w przypadku biznesu. Wypracowywane zyski nie są reinwestowane, bo istnieją obawy o przyszłość. O to, że nie uda się utrzymać pozytywnych tendencji.

To znaczy, że ludzie nie widzą pozytywnych sygnałów w obecnej sytuacji? Nie są w stanie z optymizmem spojrzeć w przyszłość?

4-5 lat temu oczekiwania ludzi w odniesieniu do standardu życia, zarobków były dosyć wysokie. Choć u nas formalnie nie było recesji, a tylko poważne spowolnienie gospodarcze, to nastroje gwałtownie się pogarszały, bo te nadzieje zostały zawiedzione, ludzie nie byli w stanie utrzymać standardu życia.

Spadek optymizmu jest tutaj wyrazem raczej niespełnionych nadziei niż tego, że ludziom rzeczywiście wyraźnie się pogorszyło. Można powiedzieć, że były to oczekiwania na kredyt, często rzeczywiście wsparte kredytami. Teraz ten kredyt - realnie i w przenośni - jest ciężarem.

Dla zwykłego konsumenta nie ma przesłanek, by poczuł się bardziej optymistycznie. On nie do końca wie, co to jest wzrost PKB, za to wie, jaka jest sytuacja na rynku pracy, i ile ma w portfelu. Do tego słyszy, że coś mu się zabierze, jak wejdzie w życie plan Hausnera. Jak w takiej sytuacji ma być lepiej? - myśli sobie.Pomimo złych nastrojów wydatki konsumenckie od roku rosną w coraz szybszym tempie. Zależność pomiędzy nastrojami wyrażanymi przez konsumentów w badaniach a ich rzeczywistymi decyzjami jest chyba niewielka?

Reklama
Reklama

Rzeczywiście, nie jest duża. Z dwóch informacji: tej, jak ludzie deklarują skłonność do zakupów, oraz tej, jak wygląda dynamika wzrostu ich dochodów, ta druga będzie dużo lepszym wyznacznikiem ostatecznych decyzji konsumentów.

W Stanach Zjednoczonych do wskaźników optymizmu konsumentów przywiązuje się ogromne znaczenie. Jednym z powodów jest to, że dają dość prawidłowy obraz decyzji przez nich podejmowanych. Dlaczego u nas skuteczność jest mniejsza?

Tak, wskaźnik optymizmu nie jest polskim fenomenem. Wymyślono go w USA. Zauważmy, że Amerykanie są przyzwyczajeni do życia na kredyt. Żyją też w bardziej stabilnej gospodarce, w państwie bardziej przewidywalnym politycznie. Dodatkowo w amerykańskim społeczeństwie zdecydowanie dominuje kultura konsumpcjonizmu, w uproszczeniu wyrażająca się w tym, by mieć jak najwięcej. Gdy ludzie postrzegają sytuację bardziej pozytywnie, natychmiast uruchamia się mechanizm kredytowy, zwiększający oddziaływanie wydatków na gospodarkę. W rezultacie związek tych wszystkich zmiennych jest tam relatywnie prostszy niż u nas.

W Polsce bardziej wrażliwie na zmiany makroekonomiczne reagują młodzi ludzie. Oni są bardziej przyzwyczajeni do funkcjonowania we współczesnym systemie finansowym. Ale na poziomie gospodarstw domowych, które są wymieszane wiekowo, jest to bardzo mało widoczne.

Jednocześnie w Stanach Zjednoczonych udział wydatków konsumenckich w PKB to ok. 2/3, u nas zapewne około połowy. Stąd też wynika, że rynki często tak emocjonalnie reagują na publikację wskaźników nastrojów. Końcowe przełożenie na gospodarkę decyzji konsumentów jest większe.

Nie można też pominąć tego, że mamy dużą grupę rolników, dla których ocena ich sytuacji polega na bardzo przyziemnych rzeczach - po ile sprzedadzą swoje produkty, na braku cen gwarantowanych, na długich kolejkach w skupie. Dla nich wzrost PKB nawet o 8% nic nie znaczy. A na wsiach żyje ok. 40% ludzi i oni w badaniach nastrojów są odzwierciedleni.

Reklama
Reklama

Musimy też pamiętać, że dla wielu osób odpowiedź na pytanie o ocenę sytuacji kraju, jest okazją do wyrażenia swojego niezadowolenia z tego, jak są rządzeni itp.

Jakie praktyczne informacje można czerpać ze wskaźników optymizmu? Czy mają one znaczenie prognostyczne?

Jako wskaźnik krótkoterminowy nie jest on zbyt użyteczny. Miesięczne wahania są dość znaczne.

Ten wskaźnik w naszych warunkach należy do grupy tzw. wskaźników opóźnionych, a nie wyprzedających. Dlatego jego wartość prognostyczna jest niewielka. Przeciwnie jest w USA, gdzie z powodów, o których rozmawialiśmy wcześniej, o wiele więcej mówi o tym, jaka może być przyszła koniunktura gospodarcza. Przedsiębiorcy, widząc dobre nastroje konsumentów, zakładają, że będą oni więcej wydawać, więc zwiększają produkcję i zatrudnienie. Korzystnie wpływa to na dochody społeczeństwa, co przekłada się na nastroje. W ten sposób koło się zamyka.

Wskaźnik optymizmu konsumentów może natomiast być w Polsce bardzo dobrym narzędziem potwierdzającym pewne ogólne tendencje występujące w sferze makroekonomicznej. Tak jak na przykład teraz. Mamy wzrost PKB, ale nie ma poprawy nastrojów. Trudno zatem mówić o stabilności wzrostu gospodarczego. Z ekonomicznego punktu widzenia najzdrowszą sytuacją jest to, jeśli nastroje społeczne potwierdzają trendy w gospodarce.

Reklama
Reklama

Zauważmy, że jest cała dziedzina - psychologia ekonomiczna, która próbuje łączyć różne zjawiska ekonomiczne z psychologią konsumenta. Wartość wskaźnika optymizmu konsumentów jest właśnie wypadkową sytuacji w tych dwóch obszarach. Daje odpowiedź na pytanie, czy to, co mówią ekonomiści, znajduje odzwierciedlenie wśród ludzi. Jeśli nie, to w gospodarkach uzależnionych od wydatków konsumenckich, utrzymywać się będą wciąż zagrożenia i nie będzie mowy o stabilCzy są różnice między wskaźnikiem opracowywanym przez Państwa firmę a konkurencją?

Praktycznie niczym. Są prawie identyczne. Zadajemy to samo pytanie, tak samo są liczone, różnimy się jedynie doborem próbki respondentów. Na różnice w wartościach wskaźnika wpływa czasami termin przeprowadzenia badania. Dzień, dwa różnicy w sytuacji, gdy w międzyczasie wydarzy się coś istotnego, może mieć duży wpływ na wynik.

Zwrócił Pan uwagę, że w niskim poziomie optymizmu konsumentów znajduje odbicie niepewność. Może rząd powinien coś robić, by rozwiać wątpliwości i w efekcie poprawić nastroje? Na ile nasze społeczeństwo jest podatne na socjotechniczne zabiegi?

Najlepszym przykładem jest to, co dzieje się z Samoobroną. Jednak nie tu jest problem. Sprawujący władzę nie mają zupełnie jakiejkolwiek strategii informacyjnej. Mniej ważne jest, co się ludziom mówi, a ważniejsze, jak. Chodzi o formę przekazywania wiadomości. Ważne jest to, że się pamięta o ludziach, że codziennie mówi się im "dzień dobry", pokazuje, że są ważni.

Ludzie nie mogą dowiadywać się wszystkiego z mediów. One, oczywiście, spełniają swoją rolę, ale w takim wypadku to rola trochę wyolbrzymiona. To tak, jakby rodzice o tym, co dzieje się z dzieckiem w szkole, dowiadywali się nie od niego, a od jego wychowawców.

Reklama
Reklama

Inną ważną kwestią jest wiarygodność komunikacji ze społeczeństwem. Co z tego, że jakiś minister coś powie, skoro za kilka miesięcy może go już nie być w rządzie. W zamian przyjdzie inny, który będzie miał odmienne zdanie.

Warto też wspomnieć o tym, co nazywamy grupami wsparcia w społeczeństwie. Gdy wokół znajomi opowiadają o kolejnych zwolnieniach w ich firmach, cięciach kosztów, sprawdzaniu rent, podwyżkach podatków itp., to optymistyczne komunikaty stają się mniej wiarygodne.

Jak zatem rządzący powinni się komunikować ze społeczeństwem? Mówić prawdę, czy zaklinać rzeczywistość?

Wiadomo, że proponowanie politykom tego, by mówili szczerze o tym, że może być gorzej, nie ma sensu. Politycy przecież dobrze wiedzą, jak szybko zmieniają się preferencje wyborców - popularność udaje się utrzymać maksymalnie 2 lata. Żeby polityk coś takiego powiedział, musi być duży poziom solidarności społecznej, musi być źle i dodatkowo przyszłość musi wyglądać bardzo kiepsko. Może wtedy apelować: teraz musimy się spiąć, zewrzeć szeregi i razem to przezwyciężyć. Ale to jest możliwe tylko wtedy, gdy ludzie mają zaufanie do rządzących.

Nie dziwię się, że ludzie są wystraszeni dziurą budżetową, bo nie wiedzą, jakie są konkretne skutki negatywne. Ludzie nie rozumieją, co to jest dziura budżetowa, progi konstytucyjne, ale rozumieją, że im się zabierze. Nie znam nikogo, kto po takim komunikacie byłby optymistą. Zestawienie tego, że komuś zabierze się rentę i dzięki temu wzrośnie PKB, jest zupełnie niezrozumiałe.

Reklama
Reklama

Ja bym nie wnikał, jaka to ma być polityka informacyjna - niech ona tylko będzie. W ten sposób będzie postępować edukacja społeczeństwa. I nie chodzi tu o lekcje ekonomii, ale o to, by ludzie mieli subiektywne poczucie, że ktoś ich rzetelnie informuje, rozwiewa wątpliwości i zmniejsza poczucie niepewności. Jest różnica między komunikatem w formie "trzeba zrobić wszystko, by przyspieszyć wzrost gospodarczy", a "czasem jest lepiej, czasem gorzej, ale nie martwcie się, bo mamy takich specjalistów, którzy potrafią dobrze pokierować naszym wspólnym statkiem".

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama