Produkcja i eksport rosną. Wszyscy czekają, kiedy wreszcie podążą za nimi inwestycje i zatrudnienie. Nie nastąpi to szybko bez odpowiednich zmian w strukturze gospodarki. Duże i średnie przedsiębiorstwa prywatne, zwłaszcza te ze znacznym udziałem kapitału zagranicznego, inwestują, unowocześniają produkcję, zwiększają wydajność pracy i eksport. W tym czasie duże przedsiębiorstwa państwowe działające w przemyśle i w infrastrukturze ponoszą straty, zadłużają się coraz bardziej, zmniejszają inwestycje, ich majątek ulega dekapitalizacji, a wydajność pracy i produkcja nie rosną. Liczba małych przedsiębiorstw prywatnych, których dynamicznemu rozwojowi na początku poprzedniej dekady zawdzięczaliśmy szybkie przełamanie występującej wówczas recesji, zwiększa się obecnie zbyt wolno, aby znacząco redukować bezrobocie.

Duże i średnie przedsiębiorstwa prywatne mają się nieźle, bo potrafią dostosowywać się do zmiennych warunków rynkowych. Dzięki temu całkiem dobrze przetrwały niedawną dekoniunkturę. Ich rentowność zmniejszyła się w tym okresie, ale cały czas była dodatnia, a od 2002 r. zaczęła się zwiększać. Natomiast przedsiębiorstwa państwowe okazały się nieodporne na pogorszenie koniunktury. Mimo realizowania wieloletnich, bardzo kosztownych programów restrukturyzacji, ich rentowność spadła w 2000 r. poniżej zera i do dziś pogarsza się, a ich perspektywy pozostają ciemne. Po czternastu latach wielkich wysiłków, należałoby więc przyznać, że cała koncepcja nadania przedsiębiorstwom państwowym zdolności do odnoszenia sukcesów na rynku, zanim zostaną sprywatyzowane, zawiodła. Mogła się udać w odniesieniu do pojedynczych przypadków, ale nie wtedy, gdy chodzi o połowę majątku narodowego.

Małe firmy silnie reagują na zmiany warunków rynkowych. Nie odnosząc sukcesu w jednej dziedzinie, próbują w innej. Jest to trwały proces. W gospodarce rozwijającej się, przewaga liczby nowo rejestrowanych firm, nad wycofującymi się z rynku, zwiększa się. W Polsce od połowy lat dziewięćdziesiątych liczba firm rośnie, ale w malejącym tempie. Dzieje się tak, mimo małego nasycenia gospodarki firmami i dużego zróżnicowania pod tym względem poszczególnych regionów. W większości powiatów na 1000 mieszkańców w wieku produkcyjnym przypada mniej niż 75 firm prowadzonych przez osoby fizyczne. Państwo mogłoby i powinno było już dawno, nie czekając na inicjatywy i fundusze z Unii Europejskiej, pomagać w podnoszeniu wskaźnika przedsiębiorczości lokalnej. Wiele jest do zrobienia w zakresie przygotowywania mieszkańców wsi i małych miast do różnych specjalności, zwłaszcza w zakresie rozmaitych usług. Trzeba uczyć nie tylko tych, którzy mają wykonywać usługi, ale i pobudzać potrzeby tych, którzy powinni z nich korzystać. Wszystko to kosztuje, ale na to warto wydawać. Sektor małych firm jest niedorozwinięty, a jego rozwój jest pilnie potrzebny nie tylko ze względów gospodarczych, ale i cywilizacyjnych. Rozwój małych firm może przyczynić się znacząco do zmiany sposobu życia społeczności wiejskich i małych miast.

Organizacyjna pomoc państwa w tworzeniu małych firm powinna obejmować również usuwanie przeszkód w ich funkcjonowaniu. Transformacji ekonomicznej w Polsce towarzyszył bowiem wybujały rozrost biurokracji. W październiku ubiegłego roku rząd postanowił stawić temu czoła, składając w Sejmie projekt nowej ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Poświęcona tej sprawie ustawa z grudnia 1988 r. liczyła 54 artykuły zawarte na 19 stronach. Obecny projekt obejmuje 105 artykułów zapisanych na 59 stronach. Jeszcze trochę takiej swobody i trudno będzie oddychać.