Umowa o zakazie pracy dla konkurencji to narzędzie, które zaczyna się stopniowo przyjmować w Polsce. - Rynek obecnie dojrzewa pod tym względem. Z wagi problemu najbardziej zdają sobie sprawę firmy najdojrzalsze, o dużej wiedzy rozwojowej i marketingowej - mówi Krzysztof Mężykowski, członek rady Stowarzyszenia Menedżerów oraz partner zarządzający Neumann Partners Doradztwo Personalne.
Teoria
Krzysztof Mężykowski zastrzega jednocześnie, że wbrew pozorom spisanie dobrej umowy tego typu wcale nie jest sprawą prostą. Błąd popełniany już na wstępie to włączenie zakazu konkurencji do umowy o pracę. Mimo że pozwala na to kodeks pracy, praktyka pokazuje, że zdecydowanie lepiej, gdy jest to odrębny dokument. Poza tym, by umowa miała sens, musi zachować zasadę symetrii. Jasno powinny być określone konsekwencje złamania warunków przez każdą ze stron. Nie może być mowy tylko o dodatkowym wynagrodzeniu dla pracownika, ale należy ustalić również, jakie on zapłaci odszkodowanie, gdy sprzeniewierzy się umowie. Doprecyzowane powinno być także pojęcie konkurencji. Pracownik nie może sobie zamykać połowy rynku pracy, a jednocześnie pracodawca nie może narażać się na udowadnianie, że nie ma konkurencji. Część firm, nie chcąc pozostawiać pola manewru, wprost wymienia z nazwy swoich największych konkurentów.
Zwyczajowo zobowiązanie do nieprzechodzenia do konkurencji podpisuje się na 6 do 12 miesięcy. W wyjątkowych sytuacjach jest to okres dłuższy. Lojalność pracodawca refunduje comiesięcznym wynagrodzeniem. Ewentualnie wypłaca część miesięcznych zarobków już po odejściu lub zwolnieniu pracownika.
Praktyka