Czwartkowa sesja była prawdziwym sprawdzianem odporności byków. Okazało się, że przegrały one z kretesem. Z impetem przełamana została linia trendu wzrostowego, wyznaczająca od prawie pół roku tendencję na rynku.
Do tej pory linia (nie licząc sesji z 4 lutego) została przełamana raz (18 marca), ale bez większych konsekwencji. Kto wie, czy i teraz ta sytuacja się nie powtórzy, bo chęć osiągania zysków z drożejących akcji jest nadal bardzo duża. Fakty jednak pozostają takie, że w czwartek rynek zniżkował nieprzerwanie przez cały dzień, co przełożyło się na spadek w trakcie sesji o prawie 70 pkt. Pod koniec notowań kontrakty znalazły się poniżej 1800 pkt.
Ostatecznie zamknięcie ukształtowało się nieco powyżej minimum, ale i tak spadek wyniósł ponad 3%, czemu towarzyszył najwyższy od 2 kwietnia wolumen obrotu. Zniżka zatrzymała się na dość istotnym wsparciu, jakim pozostaje od grudnia średnia krocząca z 45 sesji. Zamknięcie poniżej 1830 pkt sprawiło przy tym, że ustalenie nowego wierzchołka zostało skutecznie zanegowane. Potwierdza to sekwencja obrotu (bardzo niski przy przebijaniu oporu i na nowych poziomach cenowych, a wysoki przy spadku z powrotem pod opór). To, że dość wyraźnie spadła liczba otwartych pozycji, nie powinno być dla byków pocieszeniem.
O tym, że nie należy obwieszczać końca hossy, przekonuje wygląd oscylatorów. Jeszcze wciąż poruszają się one w dosyć szerokich trendach bocznych, jednocześnie słabo potwierdzając zarówno nowe szczyty, jak i załamanie takie jak w czwartek. Wydaje mi się, że nadal większe szanse należy dawać utrzymaniu wysokich cen (nie wzrostom) aniżeli spadkom. Sądzę, że kurs kontraktów na WIG20 nie spadnie na razie na trwałe poniżej średniej kroczącej z 45 sesji.