Globalizacja jest pewnego rodzaju rozwojem gospodarczym, który następuje na świecie w ostatnich 20 czy 30 latach, a w Polsce od 15 lat. Wiąże się z tym, że firmy zaczynają działać, myśleć, inwestować i lokować produkcję w skali światowej. To jest zjawisko naturalne. Tak się po prostu gospodarka rozwija. Natomiast globalizacja pociąga za sobą również pewne zjawiska niepożądane. Np. nie wszystkie kraje, zwłaszcza kraje uboższe, korzystają z tego rozwoju, czasem są poszkodowane. Czasami można mieć pretensje do koncernów międzynarodowych, że stosują podwójne standardy: inaczej się zachowują w stosunku do władz i pracowników we własnym kraju, a wykorzystują swoją silną pozycje w innych. To są zjawiska, które towarzyszą globalizacji, tak jak powstaniu gospodarki rynkowej towarzyszył wyzysk proletariatu. To są rzeczy, z którymi oczywiście trzeba walczyć.
Czy ruchy alterglobalizacyjne idą w tym kierunku?
Myślę, że nie. W większości przypadków mamy do czynienia z nierozsądną negacją wszystkiego. Panuje wyobrażenie, że ludzie byliby najbardziej szczęśliwi, gdyby się udało o kilkadziesiąt lat cofnąć czas. To w moim przekonaniu mniej więcej to samo, co w XIX wieku w Anglii niszczenie maszyn przez robotników, przekonanych, że maszyny kradną pracę. To jest podejście czysto utopijne.
A jaki ruch antyglobalistyczny byłby dla Pana do zaakceptowania?
Ruch, który akceptuje to, że gospodarka się rozwija, że rynek nabiera cech globanych, natomiast poszukuje wszystkich przykładów nadużywania tej swobody działania na rynku, powodowania szkód i działań nieetycznych. Taki ruch, który proponuje rządom współpracę w zwalczaniu tych zjawisk, tropi koncerny, które tak działają. Coś takiego jestem absolutnie skłonny uznać za sensowne. Ci, którzy robią zadymy, nie chcą niczego osiągnąć, poza zademonstrowaniem niezadowolenia ze wszystkiego. Przypominają mi pseudokibiców.
Czy podoba się Panu Warszawa zabita deskami?