Skoro sklepy w Warszawie zamykają swe podwoje przed przyjazdem około 3 tysięcy "turystów" i ponad możliwość handlu stawiają bezpieczeństwo własnego dobytku, to tym bardziej giełdowy inwestor przy tak dużej niepewności w najbliższych dniach (szczyt, polityka) nie powinien podejmować ryzykowanych działań. Tym bardziej, że największym zagrożeniem będzie brak płynności.
Z czym to się wiąże, widzieliśmy choćby wczoraj, gdy najpierw na początku sesji WIG20 zjechał przy bardzo małej aktywności 30 pkt od otwarcia, a po 4-godzinnym marazmie wystrzelił w górę, odrabiając prawie cały spadek w ciągu kilku minut. Tak dynamiczny ruch nie byłby możliwy bez techniki, której słucha się chyba większość inwestorów na naszym rynku. Dawała ona indeksowi silne wsparcie na linii trendu wzrostowego (dolne ramię kanału), poprowadzonej od dołka z końca stycznia.
Oczywiście, potrzebny był impuls do odbicia z tego poziomu. Wczoraj wystarczyło położyć odważniejsze kupno zaledwie za kilka milionów, podciągając liderów indeksowej manipulacji, jakim jest np. BPH. Inwestorzy dali się złapać i poszła fala kupna. A szkoda, bo w większości przypadków takie ruchy wzrostowe to nic innego jak podciągnięcie rynku do dystrybucji akcji w słabe ręce.
Na koniec wrócę jeszcze do wspomnianej linii trendu na indeksie. Na kontraktach analogiczne wsparcie (dolne ramię klina) zostało naruszone ostatnią wyprzedażą. Inwestorzy toczą spory, czy takie wybicie jest wiarygodne, gdy dokonuje się tylko na jednym rynku. W teorii tak, w praktyce niech odpowiedzią będzie choćby trzeci piątek marca, gdy "arbitrażowa" wyprzedaż doprowadziła do przełamania na indeksie linii trendu, podczas gdy kontrakty pozostały wewnątrz klina. Teraz rozstrzygnie indeks, ale oby nie w tym dziwnym tygodniu.