W środę odwołane zostało 140 lotów. Linie przerwały wówczas pracę na sześć godzin, w czwartek już na dwanaście. Pracownicy, skupieni w dziewięciu związkach zawodowych, protestują przeciwko planom popieranego przez gabinet Silvio Berlusconiego szefa firmy Marco Zanichelliego, który chce sprzedać jej część i zwolnić 3300 osób. Od rządu, będącego właścicielem 62% akcji przedsiębiorstwa, domagają się innej metody rozwiązania problemów Alitalii.
Do rozmów doszło w czwartek po południu, ale strajk nie został przerwany. Ze związkowcami nad rozwiązaniem kryzysu Alitalii zastanawiali się m.in. ministrowie finansów, pracy, transportu i wicepremier. Rząd nie może pomóc liniom bezpośrednio. W grę wchodzą natomiast m.in. obniżki podatków na paliwo odrzutowe czy rekompensaty dla zwalnianych pracowników. Te środki objęłyby cały sektor lotniczy we Włoszech.
Związkowcy są zdecydowanie przeciwni zwolnieniom, proponowanym przez obecnego szefa. - Plan Zanichelliego nie ma wizji - uzasadniał w czwartek Roberto Panella, krajowy sekretarz związku zawodowego UGL. - Alitalia ma być przewoźnikiem regionalnym czy globalnym? Na tak agresywnym i konkurencyjnym rynku, gdzie trzeba się przystosowywać z dnia na dzień, Alitalia tkwi w martwym punkcie. Oblicza się, że włoskie linie przynoszą 1,2 mln euro strat dziennie. Nie wytrzymują konkurencji przede wszystkim ze strony tanich przewoźników.
Strajk w Alitalii na razie nie przeszkadza w pracy portom lotniczym i innym liniom. W poprzednim tygodniu związkowcy zapowiadali, że mogą blokować pasy startowe, a nawet drogi, jeśli rząd nie będzie reagował.
Bloomberg