Tylko jedna rzecz mogła zadziwić na wczorajszej sesji i bynajmniej nie chodzi o spółkę Manometry, której absurdalne trzycyfrowe procentowe wzrosty stały się codziennością. Zaskoczyła natomiast wielkość obrotów, którym nie przeszkodził ani szczyt europejski, ani perspektywa przedłużonego weekendu. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że kierunek jest oczywisty, a czas ucieka.

W obu stwierdzeniach sporo prawdy, bo od czasu zeszłotygodniowego załamania rynku, ten praktycznie codziennie przekonuje nas o swojej słabości. Obroty w ciągu sesji wyraźnie rosną w czasie spadków, a każdy wzrost był jedynie podciąganiem indeksu z wyraźnie malejącą aktywnością. Wczoraj do tego wszystkiego doszedł kolejny argument, który już z rana rozstrzygnął losy sesji. Mowa o luce bessy na indeksie, która sama w sobie jest dość wyraźnym sygnałem. Dodatkowo przebita została linia trendu wzrostowego mającego początek 28 I - wsparcie analogiczne z dolnym ograniczeniem klina zwyżkującego na kontraktach. Oczywiście pułapek na GPW było bez liku, ale gdy koło południa odbicie na mniejszym obrocie ledwo przekroczyło tylko 10 pkt. to jedynie potwierdziło to fatalną kondycja rynku.

Dalej na południe? Technika wręcz do tego namawia, ale trzeba pamiętać jeszcze, że po majowym weekendzie bardzo wiele zależeć będzie od polityki, w tym głównie stworzenia nowego rządu i jego programu. Co prawda sama tylko tego perspektywa to też argument za sprzedażą, ale sądzę, że największe fundusze na najbliższych sesjach wstrzymają tak agresywną podaż. Nawet zasłużenie zmasakrowany KGHM (Greenspan straszący spekulacyjnymi cenami towarów, Chiny) przy tym wyprzedaniu ma prawo chwilę odpocząć. Tak więc dzisiaj próby łapania dołka i od stylu tego odbicia zależy... głębokość późniejszych spadków.