Od początku kwietnia br. główne amerykańskie indeksy konsolidują się na poziomie 50- i 100-sesyjnej średniej. Jako że zarówno DJIA, jak i indeks S&P500 konsolidują się tuż poniżej ostatnich szczytów, można zakładać, iż od tego, kto wygra batalię na obecnych poziomach, zależeć będzie koniunktura w najbliższych 3-4 miesiącach (a może nawet do końca roku).
Wygrana strony popytowej, czego konsekwencją będzie wybicie górą z trendu bocznego, a następnie pokonanie poziomu 1157 pkt przez S&P500 oraz 10 737 pkt przez DJIA, pozwoli kontynuować rozpoczętą przed rokiem hossę. Jako że równocześnie wykres S&P500 pokonałby 50-proc. zniesienia bessy z lat 2000-2002, więc ze wzrostem do 1260 pkt (kolejne zniesienie Fibonacciego) nie powinno być problemów. Odnosząc to do indeksu Dow Jones, można wówczas liczyć nawet na test historycznego maksimum z 14 stycznia 2000 roku (11 723 pkt). Próbując umieścić ewentualne zwyżki na skali czasu, należy oczekiwać, iż ewentualna hossa może potrwać do końca III kwartału, kiedy zaczną sprzedawać akcje wszyscy "wyznawcy" cyklu prezydenckiego.
Powyższe rozważania mogą okazać się jednak nic niewarte. Wiele wskazuje na to, iż to nie byki, ale niedźwiedzie wyjdą zwycięsko z trwającej właśnie bitwy. Na niekorzyść kupujących przemawia już sam fakt, że do konsolidacji doszło tuż poniżej ostatnich szczytów. Jest to oznaką słabości strony popytowej. Potwierdza to ciągle pogarszająca się sytuacja na podstawowych wskaźnikach, czy też rosnąca liczba świec o czarnych korpusach, jakie pojawiają się ostatnio na wykresach.
Jeżeli dodamy do tego coraz większe obawy o podwyżkę stóp procentowych, czy też duże ryzyko schłodzenia chińskiej gospodarki, to odwrót spod oporów i wyjście dołem z obserwowanej konsolidacji wydaje się najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Konsekwencją takiego ruchu będą spadki przynajmniej do 9500 pkt (DJIA) oraz 1000 pkt. (S&P500). Tym samym znane giełdowe powiedzenie "Sell in May and Go Away", jest najlepsza rekomendacją na dzień dzisiejszy.