Będzie to największa oferta firmy internetowej, przeprowadzona w drodze elektronicznej aukcji.
Aukcja będzie polegać na tym, że inwestorzy za pośrednictwem internetu, telefonu bądź faksu prześlą do organizatorów emisji (Morgan Stanley i CSFB) swoją ofertę - ile akcji chcą kupić i jaką cenę są gotowi za nie zapłacić. Normalnie to domy maklerskie ustalają, jaka będzie cena w ofercie. Analitycy twierdzą, że za sprawą metody użytej w przypadku Google już na debiucie spółka będzie wyceniona zgodnie ze swoją faktyczną wartością. Przed złożeniem wniosku o IPO obliczali, że jest warta 20-25 mld USD. We wniosku nie ma mowy o tym, ile akcji trafi do publicznego obrotu. Dwaj twórcy firmy - Larry Page i Sergey Brin - mają po 15,6% jej akcji i przy okazji IPO zamierzają pozbyć się części z nich. Dzięki emisji dwóch odrębnych klas akcji zachowają jednak kontrolę nad spółką.
Data debiutu nie została jeszcze wyznaczona. Nie wiadomo też, czy Google pojawią się w notowaniach na NYSE, czy na Nasdaq.
Choć historia Google jest krótka (firma została zarejestrowana zaledwie sześć lat temu), to niemal od początku inwestorzy wyczekiwali, kiedy znajdzie się na giełdzie. Decyzję podjęto dopiero teraz, gdy spółka - przekraczając przewidziany prawem pułap przychodów - została zobligowana do publikacji wyników finansowych i zaczęła być traktowana niemal na równi z publicznymi.
A wyniki są znacznie lepsze niż konkurentów - wśród których głównym jest portal Yahoo! W zeszłym Google zarobiły na czysto 105,6 mln USD, 6% więcej niż przed rokiem, przy przychodach w wysokości 961,9 mln USD (w tym roku mogą wynieść już 1,5 mld USD). Spółka osiągnęła marżę operacyjną dwukrotnie wyższą niż Yahoo!