Rozpoczęta 15 kwietnia najsilniejsza od ponad roku fala spadków cen akcji na rynkach wschodzących zaskoczyła WIG i pozostałe indeksy giełd środkowoeuropejskich na rekordowo wysokich poziomach. Mierzone przez indeks MSCI EM Free ceny akcji na emerging markets w ciągu minionych 3 tygodni skasowały prawie cały tegoroczny wzrost. Gdyby WIG chciał nadrobić te zaległości, to musiałby spaść poniżej 22000 pkt., a więc o ok. 10% do poziomu ubiegłorocznych szczytów z września i października. Pomimo ostatnich spadków WIG ma ciągle jeszcze przewagę na innymi EM, porównywalną jedynie z tą, obserwowaną na przełomie sierpnia i września ub. r. Być może jest to uzasadnione czynnikami "fundamentalnymi". A być może nie.

Początków sekwencji wydarzeń, która doprowadziła do obecnych spadków na krajowym rynku akcji należy (a przynajmniej można) doszukiwać się jak zwykle daleko, tym razem aż w Chinach. Ujawniona pod koniec kwietnia przez zachodnie media, a następnie oficjalnie zdementowana informacja o narzuconym chińskim bankom moratorium na nowe pożyczki, ujawniła desperację tamtejszych władz zdających sobie sprawę z rozmiarów problemów związanych z narastającą w tamtejszej gospodarcze "bańką inwestycyjną". Jest jasne, że obecny "boom" inwestycyjny w Chinach oparty na nierynkowym kursie walutowym ma podobny charakter do wcześniejszych tego typu ekscesów w Japonii (przed 1990 rokiem) i krajach Azji Południowo-Wschodniej (przed 1997 rokiem). Powinno być też jasne, że jego koniec będzie analogiczny. Osobiście do tej pory zakładałem, że chińskim władzom uda się utrzymać wzrost gospodarczy do 2008 roku, czyli daty igrzysk olimpijskich w Pekinie. I teraz nie da się wykluczyć, że jeszcze tym razem schłodzona gospodarka "miękko wyląduje" w 2005 roku, co otworzy drogę do kolejnej fali wzrostu w latach 2006-08. Ale na wszelki wypadek trzeba zwracać uwagę na zachowanie różnych chińskich indeksów giełdowych, gdyż nie można wykluczyć, że azjatyckie "bańki" mają jednak zwyczaj pękania co 7 lat.