Reklama

Skłonić operatorów do inwestowania

Z Januszem Piechocińskim, posłem PSL i przewodniczącym sejmowej komisji infrastruktury, rozmawia Konrad Krasuski

Publikacja: 11.05.2004 09:46

Wciąż nie dostosowaliśmy naszego prawa telekomunikacyjnego do unijnych dyrektyw, a jesteśmy już po akcesji. Dlaczego prace nad projektem ustawy przeciągają się?

Już na etapie prac rządu były poważne problemy z projektem. Był kilka razy zdejmowany z posiedzenia Rady Ministrów. Przedłużały się również konsultacje społeczno-biznesowe, które prowadził resort infrastruktury. Dopiero w marcu projekt znalazł się w Sejmie. Chociaż rząd wnioskował o skierowanie go do sejmowej komisji europejskiej, zdecydowaliśmy się ostatecznie na gruntowne przedyskutowanie projektu w komisji infrastruktury. Zdawaliśmy sobie sprawę z terminu 1 maja, jest to jednak zbyt skomplikowana i branżowa materia, aby uchwalać ją w ekspresowym tempie. Pamiętajmy, ile oskarżeń i kontrowersji powstało tylko podczas ostatniego nowelizowania prawa. Tu mamy do czynienia z całkiem nową ustawą.

Na jakim etapie znajdują się obecne prace?

Już wcześniej komisja nadzwyczajna odbyła proces konsultacji ze stroną społeczno-biznesową. Odbyła się cała seria spotkań. Rozesłaliśmy do wszystkich działających na rynku izb, operatorów, instytutów, znawców, ekspertów prośby o nadsyłanie uwag. Dostaliśmy ogromną liczbę postulatów i sugestii. Padały również oskarżenia pod adresem rządu, że projekt ma wady. Stworzyliśmy katalog wszystkich tych spraw, tak aby rząd mógł się publicznie do wszystkich uwag odnieść na posiedzeniu komisji.

W czwartek zakończyliśmy omawianie postulatów w podkomisji, pracując za zamkniętymi drzwiami. Wysłuchaliśmy uwag rządu, który również zgłosił około 50 autopoprawek do projektu. Rozesłaliśmy także dorobek prac do uczestników konsultacji publicznej. Do końca tego tygodnia posłowie mają czas na zgłaszanie uwag. Wszystkie poprawki rozpatrzymy ostatecznie na posiedzeniu komisji 17-18 maja. W drugiej połowie miesiąca może się zatem odbyć drugie czytanie projektu w Sejmie. Zależy to jednak od tego, na jakim etapie będzie wtedy uchwalanie ustawy o swobodzie gospodarczej, do której prawo telekomunikacyjne bezpośrednio się odnosi.

Reklama
Reklama

Prawo telekomunikacyjne to materia bardzo techniczna. Czy uda się ograniczyć wpływ lobbystów na posłów?

Między innymi dlatego zadecydowałem o zamknięciu posiedzeń podkomisji. Pracowaliśmy jedynie w oparciu o ekspertów stale zatrudnionych w kancelarii Sejmu. Unikamy w ten sposób sytuacji, w których szukamy porad u ludzi, współpracujących także z firmami telekomunikacyjnymi. Co więcej, zażądałem od posłów, aby zgłaszali poprawki na piśmie, tak aby było jasne, kto jest autorem. Forma pisemna ułatwia również ocenę poselskich postulatów stronie rządowej i ekspertom. Mamy przecież do czynienia ze szczególną materią. Na tym rynku są zbyt duże pieniądze, i każda drobna zmiana treści niesie duże konsekwencje. Mogę stwierdzić, że na razie wnioski poselskie są pod kontrolą. Jednakże dużo zależy również od tego, co zgłoszą posłowie na posiedzeniu Sejmu i co zaproponuje Senat.

Jakie są główne kontrowersje podczas prac nad projektem?

Mamy do czynienia z ciekawymi zjawiskami. Po pierwsze, nie wszędzie dyrektywy europejskie są w UE wprowadzane. Po drugie, mamy w Europie do czynienia z bardzo zróżnicowanymi rynkami. Zróżnicowanie to pogłębia się, jeżeli dołączymy 10 krajów wchodzących do Unii. A prawo europejskie, do którego się dostosowujemy, jest pochodną zaawansowania rynku starej UE.

Za to u nas rynek jest inny, są zupełnie inne problemy. Mamy trwający kilka lat proces liberalizacji tego obszaru, z niejednoznacznym skutkiem. Mamy bardzo ograniczone możliwości działania regulatora. Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty to instytucja nowa, która uczy się dopiero funkcjonowania. Tymczasem mamy też bardzo zręczne wykorzystanie postępowania administracyjnego czy sądowego ze strony głównych graczy na rynku. Wykorzystują oni odwołania, kasacje, aby nie płacić kar. Mamy wreszcie jeszcze jeden fundamentalny problem - każdy poprzez liberalizację rynku rozumie coś zupełnie innego. Wszyscy mówią, że w tym procesie najwięcej powinien skorzystać klient. To jest poza sporem. Tymczasem z olbrzymią uwagą śledzę wnioski napływające do komisji, w których wnioskodawcy powołują się na dyrektywy europejskie, konstytucję, ochronę konkurencji, wreszcie ochronę konsumenta itd. Niestety, każdy powołuje się selektywnie.

Na czym to polega?

Reklama
Reklama

Ci, którzy mają sieć, chcą ochrony dotychczas poniesionych nakładów i w związku z tym bronią się przed operatorami wirtualnymi, którzy dzierżawią tylko linie. Ci, którzy są operatorami wirtualnymi, chcą się dobrać do klienta i pasożytować na istniejącej infrastrukturze. Natomiast państwo nie ma pieniędzy na wsparcie procesu rozbudowy infrastruktury. I to w sytuacji, kiedy istnieje olbrzymie zróżnicowanie gęstości sieci między obszarami miejskimi a prowincją.

A trzeba pamiętać, że chociaż w ostatnich latach obserwujemy olbrzymi boom telefonii komórkowej, to jednocześnie jesteśmy świadkami zatrzymania procesu inwestycyjnego u głównego operatora telefonii stacjonarnej - TP. Na to nakłada się nieudana "Błękitna Linia", kompromitująca TP, a także płynące zewsząd głosy oburzenia, jak traktuje klientów. Jest wielkie oczekiwanie, żeby utrzeć nosa monopoliście i jego kosztem liberalizować rynek.

Ale zgodzi się Pan, że liberalizacja jest korzystna?

Ale kiedy wzmocnimy pozycję operatorów wirtualnych, kto uwzględni wtedy racje osób, które jeszcze nie mają telefonu i internetu? Jeżeli następne lata przyniosą tylko wzrost nakładów na reklamę, na walkę, kto za mniejsze pieniądze zapewni dostęp do istniejącej infrastruktury? Wówczas osoby na własną linię będą jeszcze dłużej czekać. Z jednej strony mamy niską dostępność do sieci, mamy najwyższe stawki abonamentowe w Europie, wysokie koszty dla przedsiębiorczości, a po doświadczeniach z "Błękitną Linią" jeszcze fatalną obsługę klienta. Zgoda, niższa cena, większa liberalizacja, lepsza obsługi klienta... Ale z drugiej strony chcielibyśmy również, aby też była oferta dla tych, którzy dzisiaj klientami telefonii stacjonarnej nie są. To jest wielki polityczny wybór - jakimi metodami rynkowymi i regulacyjnymi władza w demokratycznym państwie może oddziaływać na prywatne w końcu podmioty, aby te inwestowały w infrastrukturę.

Czy sposób, w jaki projekt te sprawy reguluje - wprowadzając zwrot kosztów operatorowi publicznemu - wystarczy, aby zapewnić dalsze inwestycje infrastrukturalne?

W tym projekcie brakuje silniejszej niż dotychczas stymulacji inwestowania i zapełniania tzw. "białych plam". Mechanizm finansowania usługi publicznej wcale nie gwarantuje, że będzie ona powszechniejsza i że firmy świadczące usługi telekomunikacyjne będą chciały te "białe plamy" pokrywać. Wróci więc np. dyskusja nad zamianą opłat z koncesji UMTS na inwestycje w upowszechnienie radiowego internetu szerokopasmowego, wykorzystując maszty operatorów. Podobna zamiana opłat koncesyjnych w przypadku telefonii stacjonarnej zakończyła się wzrostem realnych inwestycji (np. w przypadku firmy Dialog). Warto więc rozważyć, czy czasami nie pójść w tę stronę przy koncesji za UMTS i nie wymusić radykalnego przyspieszenia. Tymczasem tego w nowym prawie telekomunikacyjnym nie ma. Dlatego też wielu posłów wytyka, że budując prawo, nie mamy do końca jasnej strategii, jak poprawić infrastrukturę.

Reklama
Reklama

Jaki może być koszt takiego rozwiązania?

Wdrożenie internetu radiowego, w oparciu o bazę masztów i możliwości operatorów komórkowych, kosztowałoby - według szacunków - 300-350 mln zł. Wymaga to jednak poważnej analizy, zmian ustawowych i przede wszystkim zgody ministra finansów na ograniczenie najbliższych dochodów z koncesji.

Warto pamiętać jeszcze o jednym. Mechanizm zwrotu dopłaty do usługi powszechnej powinien zdaniem komisji podlegać audytowi zewnętrznemu. W projekcie rządowym prezes URTiP-u może, ale nie musi, wyznaczyć audytora zewnętrznego wobec operatora składającego wniosek o zwrot części poniesionych kosztów. My stoimy na stanowisku, że dodatkowa analiza może uwiarygodnić proces. Chodzi bowiem o system redystrybucyjny, w którym zawsze istnieje groźba, że ci, którzy walczą o pieniądze, mają więcej argumentów do przekonania dzielącego środki urzędnika. Rozwiązanie takie sprawdza się tylko we Francji, w innych krajach europejskich nie jest stosowane.

Jakie jeszcze kwestie wywołują dyskusje w komisji?

Sprawą fundamentalną jest podział widma częstotliwości. Chodzi o zupełnie inne usytuowanie regulatora w prawie. Otóż, napotykamy problem podziału kompetencji i obowiązków między Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, która dotychczas nadzorowała przyznawanie częstotliwości oraz URTiP-em, który według projektu otrzymuje część uprawnień KRRiT. Niektórzy sugerują, że w tym przypadku zagrożona może być materia konstytucyjna, jako że kompetencje KRRiT zapisane są w ustawie zasadniczej. Jestem więc bardzo uczulony, aby minimalizować ryzyko takiego naruszenia. Wówczas nieważna będzie przecież cała ustawa. Dlatego zbieram wszystkie możliwe ekspertyzy, które pozwolą na obronę racji projektodawcy.

Reklama
Reklama

Widać także, że polem bitwy są kwestie związane ze świadczeniami operatorów na rzecz szeroko pojętej obronności i koszty, jakie w związku z tym operatorzy muszą ponosić.

O jakie koszty chodzi?

Chyba wszyscy rozumieją, że w świecie po 11 września branża telekomunikacyjna musi współpracować ze służbami bezpieczeństwa w walce z przestępczością. Powstaje jednak pytanie: czy służby bezpieczeństwa rozumieją, że sięganie do nadzwyczajnych rozwiązań kosztuje przede wszystkim operatora. Wyobraźmy sobie, że policja dostaje sygnał, że na stacji metra znajduje się bomba aktywowana sygnałem z telefonu komórkowego. Czy w takiej sytuacji może domagać się od operatorów wyłączenia zasięgu na tym obszarze, i kto zapłaci za koszty z tym związane?

Projekt wprowadza chociażby rejestrację pre-paidów. To również budzi duże kontrowersje. Naiwnością jest sądzić, że bandyta czy terrorysta będzie korzystał z kupionego, zarejestrowanego telefonu komórkowego. Wręcz przeciwnie, ten, który ma złe intencje, załatwi sobie aparat. A rejestracja pre-paidów wywołuje określone koszty. Poza tym - kiedy popatrzymy na kraje europejskie, prawie nigdzie nie ma takiego obowiązku. Dlatego też niektórzy posłowie postulują w komisji jego zniesienie.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama