- Mam mieszkania, domy. Kilka kamienic mam. Działkę kupiłem pod Warszawą, to ją podzielę za kilka lat i pod deweloperkę sprzedam - wylicza mój rozmówca, ubrany w swój tradycyjny kreszowy dresik. - Generalnie inwestorem jestem. Ale giełda to mnie już nie interesuje - wyjaśnia. Przypadkowe spotkanie na ulicy z facetem, który znany był z niepojętej wręcz liczby mieszkań do wynajęcia dało mi sporo do myślenia. I po raz kolejny przypomniało o apetycie na inwestycje na rynku nieruchomości.
Nie wiem, czy ktokolwiek szacował liczbę ludzi już teraz żyjących doskonale z wynajmu wielu mieszkań czy handlu wcześniej kupionymi nieruchomościami. Jedno wydaje się pewne - w skali całego społeczeństwa nie jest to grupa zbyt liczna. Zdecydowana większość działa zapewne w Warszawie, polskim centrum emigrantów z innych miast. Lokowanie kapitału w działkach, mieszkaniach, całych osiedlach domków jednorodzinnych czy projektach deweloperskich budownictwa wielorodzinnego i biurowego - to wszystko, w dotychczasowym wydaniu, zdecydowanie sport dla bogatych.
Samodzielne inwestowanie w nieruchomości to zajęcie wymagające po prostu kasy. Ale, podobnie jak to jest na rynkach rozwiniętych, i u nas wreszcie pojawią się możliwość włączenia do tego sportu także tych, którzy milionerami bynajmniej nie są. A dzieje się tak za przyczyną funduszy nieruchomości. Po niepowodzeniu wcześniejszych prób wprowadzania funduszy tego typu na rynek przyszedł czas na kolejne podejście. To informacja pozytywna, bo fundusze takie mogą ożywić rynek i sprzyjać upowszechnianiu idei inwestowania naprawdę długoterminowego. Oczywiście, pod pewnymi warunkami...
Truizmem byłoby rozwodzenie się nad warunkiem podstawowym, czyli dobrym określeniem celu działania i dbałością o jak najwyższą jakość pracy, a przez to i wymierne wyniki, menedżerów funduszy nieruchomości. Ale same deklaracje i teoretyczne założenia to za mało. Rynek może zmusić zarządzających funduszami do jak najbardziej efektywnej pracy...
Warunkiem niezbędnym jest jednak konkurencja. A ta możliwa będzie dopiero wtedy, gdy na rynku zacznie działać przynajmniej kilka w miarę dużych funduszy tego typu. Konkurencja umożliwi porównywanie efektów inwestycji, choć należy spodziewać się, iż przeciw prostym porównaniom protestować będą same fundusze. I po części będą miały trochę racji - wszak portfele funduszy nieruchomości będą się różniły w zależności od wybranej strategii i czasowego horyzontu inwestycyjnego, które nie tak łatwo będzie można zmienić (ze względu na specyfikę rynku). Jednak, nawet biorąc pod uwagę obiektywnie ograniczoną porównywalność wyników tych funduszy, należy pamiętać o jednym istotnym fakcie: z punktu widzenia inwestora liczy się po prostu to, jak dużo pieniędzy zarobił fundusz dla jego klientów. Wydaje się to trywialną uwagą, ale osobiście wielokrotnie spotykałem się z irytacją inwestorów, którzy nie przyjmowali do wiadomości enigmatycznych tłumaczeń funduszy, które używały argumentu o specyfice i "inności" swego portfela jako metody obrony przed zarzutami o niską efektywność i, de facto, złe zarządzanie powierzonymi im pieniędzmi. Dlatego trzeba uczulić zarówno fundusze, jak i inwestorów, na zwracanie uwagi na naprawdę długoterminowy charakter inwestycji w fundusze nieruchomości.