Analitycy nie mają wątpliwości, że konsekwencje dla rynków finansowych pierwszego z tych scenariuszy będą opłakane.
Jednym z kluczowych pytań pozostaje też to, jak odróżnić twarde lądowanie od miękkiego. Niewielu ekonomistów zdecydowało się określić, co rozumie przez obydwa określenia. Jasno wyraził to Ping Chew, analityk agencji ratingowej Standard&Poor?s. Według niego, spowolnienie wzrostu gospodarczego do 7-8%, z ubiegłorocznych 9,1% i 9,7% w I kwartale tego roku, będzie można uznać za miękkie lądowanie. To oznacza, że działania schładzające gospodarkę muszą być wykonywane wręcz z chirurgiczną precyzją. Mają doprowadzić raczej do zatrzymania dynamiki wzrostu na obecnym poziomie niż do jego wyraźnego zbicia. Przy postępującej liberalizacji chińskiej gospodarki i włączania jej w sferę globalnych oddziaływań, takie zadanie trzeba uznać za bardzo skomplikowane. Większość decyzji ekonomicznych powoduje reakcje łańcuchowe. Jednak w związku z tym, że mamy do czynienia z żywym organizmem gospodarczym, na którego funkcjonowanie wpływają decyzje tysięcy (w przypadku Chin raczej milionów) podmiotów, ostatecznej reakcji na zmianę często nie sposób przewidzieć.
W czym jest problem?
Zagraniczne inwestycje bezpośrednie (FDI) płyną do Chin wciąż bardzo szerokim strumieniem. W kwietniu wyniosły blisko 20 mld USD. W pierwszych czterech miesiącach roczna dynamika wzrostu oscyluje wokół 10%. To i tak sporo mniej niż w roku ubiegłym, kiedy przez pierwsze 7 miesięcy była wyższa niż 20%. Natomiast dynamika zakontraktowanych inwestycji, które pomagają określić poziom FDI w przyszłości, od trzech miesięcy ponownie zwiększa się i w kwietniu przekroczyła 50%. To dwa razy więcej niż pięcioletnia średnia. Wartość zakontraktowanych w kwietniu inwestycji wyniosła 47 mld USD. Po wyprzedzeniu w 2002 r. Stanów Zjednoczonych Chiny pozostają miejscem największych inwestycji na świecie.
To one w dużym stopniu stymulują rozwój gospodarki. Jednocześnie tworzą problemy. Związany z inwestycjami popyt na towary wywołał wzrost ich cen na niespotykaną skalę. Indeks CRB, obrazujący zmiany cen 22 najważniejszych towarów, przez ostatni rok zyskał 20%, cena miedzi w tym czasie wzrosła prawie o 60%, cyny o ponad 90%, niklu o ponad 20%, aluminium o ponad 10%, ale jeszcze miesiąc temu wzrost wynosił jedną czwartą. Jednocześnie zyskiwały waluty krajów będących znaczącymi eksporterami towarów, takich jak Norwegia, Australia, Nowa Zelandia, Kanada czy wielu państw zaliczanych do grona rozwijających się. W ich przypadku, tak samo jak krajów rozliczających się w euro, impuls inflacyjny ze strony drożejących surowców był ograniczony. W przeliczeniu na lokalne waluty wzrost cen towarów był znacznie mniejszy. Natomiast Chiny nie miały takiego bufora. Tamtejsza waluta - juan lub renminbi - jest sztywno powiązana z amerykańskim dolarem. W rezultacie całkowicie przenosi zmiany cen towarów (wyrażanych przecież w dolarach) na gospodarkę. Zaczyna to być coraz bardziej widoczne. W ostatnich miesiącach Chiny mają ujemny bilans handlowy, co jeszcze w niedalekiej przeszłości było nie do pomyślenia. Inflacja na poziomie cen konsumentów skoczyła w kwietniu do 3,8%, najwyższego poziomu od 7 lat. Inflacja na poziomie cen producentów osiągnęła w tym samym czasie 5%. - Te dane sugerują presję na marże wytwórców, ponieważ ceny dóbr przemysłowych, takich jak przedmioty wyposażenia mieszkań czy ubrania, spadają - komentowali na gorąco po podaniu tych informacji ekonomiści.Zagrożone zyski