Powyższy tytuł to nic innego jak alternatywna (pierwotna) nazwa strategii inwestycyjnej, która nakazuje sprzedać akcje w maju i odkupić je dopiero na koniec października. Ben Jacobsen (profesor finansów) i Sven Bouman (zarządzający) poświęcili temu zagadnieniu aż 43 strony i jedne z wniosków jakie wyszły z ich analizy, to brak możliwości wytłumaczenia tej sezonowości rynków. Trzeba ją więc zaakceptować, tym bardziej, że przez przynajmniej kilkadziesiąt ostatnich lat sprawdzała się ona praktycznie na wszystkich testowanych indeksach. W przypadku Londynu obaj panowie sięgnęli nawet do danych od 1694 r. i wynik znowu zachwycił. Upraszczając trochę cały model można powiedzieć, że wzrost notowań na rynku akcji w korzystnym półroczu jest od 5 do 6 razy wyższy, od półrocza rozpoczynającego się z pierwszym dniem czerwca.
Oczywiście są wyjątki, jak 15% zeszłoroczna (powojenny) zwyżka, czy analogiczne zachowanie rynków w 1997 r. Świętego Graala nikt więc nie znalazł, ale testujący systemy inwestycyjne zapewne przyznają, że 70% skuteczność tej strategii (liczone przez Standard & Poors) to dość obiecujący wynik. Oczywiście na każdy taki argument byki znajdą dwa inne, jak choćby fakt, że w roku wyborów prezydenckich, choć nie jest to najkorzystniejszy rok dla rynku akcji w cyklu prezydenckim, indeksy zachowują się najlepiej właśnie od przełomu czerwca i maja. Ja mimo wszystko trzymałbym się tej negatywnej interpretacji w najbliższych miesiącach, tym bardziej, że kampania prezydencka będzie miała teraz nieco innych charakter. To wszystko nie znaczy jednak, że trzeba rzucić się do sprzedawania akcji. Tym momentem będzie dopiero przebicie średniej 200 sesyjnej na S&P500, co pociągnie także nasz rynek. Na razie amerykańskie święto w poniedziałek daje nam pełną bezkarność.