Inni interpretują trwający trend boczny jako fazę dystrybucji przed kolejną odsłoną bessy. Przypominają rok 2002 i fakt, że na rynkach finansowych często powtarzają się te same schematy, raz w mniejszej, raz w większej skali. Po której stronie jest racja? Czas pokaże.
Jednak już teraz możemy porównać aktualną sytuację na rynkach finansowych i dane dotyczące amerykańskiej gospodarki z tymi, które występowały dekadę temu i dwa lata temu. Wydaje się, że zdecydowanie więcej elementów przemawia na niekorzyść posiadaczy akcji. Stopy procentowe są zduszone do rekordowo niskiego poziomu, realny, uwzględniający poziom inflacji, koszt pieniądza od dwóch lat jest ujemny, gospodarkę gnębią deficyty handlowy i budżetowy, słaby dolar wypchnął ceny towarów do poziomów niewidzianych od połowy lat 90. Większość tych problemów nie występowała 10 lat temu. Były obecne dwa lata temu. Natomiast widać wyraźne podobieństwa w odniesieniu do aktualnych wycen amerykańskich papierów z tymi sprzed dekady.
Ruch indeksu będzie pokaźny
Giełdowa mądrość mówi, że im dłużej trwa stabilizacja notowań, tym silniejszy jest ruch po jej zakończeniu. Oba przypadki wielomiesięcznych trendów horyzontalnych, z 1994 i 2002 r., są tego potwierdzeniem. Dziesięć lat temu wybicie w górę dało sygnał do kontynuacji wzrostu, który zaczął się jesienią 1990 r. Na koniec 1995 r. indeks S&P 500 miał wartość około jednej trzeciej większą niż rok wcześniej. Bazując na tej obserwacji część amerykańskich analityków przedstawia koncepcję powtórki scenariusza z lat 90. Wynika z niej, że na jesieni 2002 r. zakończył się rynek niedźwiedzia, a w kolejnych latach giełdy w Stanach Zjednoczonych czeka "wielka hossa". Ze stawiania takiej prognozy znany jest przede wszystkim Edward Yardeni, strateg Prudential Financial, amerykańskiego giganta z branży finansowej. Zapowiada on zwiększenie się Dow Jones Industrial Average do 18 tys. pkt do 2010 roku. To oznaczałoby wzrost o ok. 80% z obecnego poziomu. Warto przy tym zwrócić uwagę, że Yardeni jest uznawany za jednego z największych "byków" na Wall Street. Nadziei na szybki powrót hossy nie tracił nawet w latach 2001-2002.
Równocześnie spora grupa analityków ma duże wątpliwości, czy z nadmuchanej pod koniec lat 90. spekulacyjnej bańki udało się już całkowicie spuścić powietrze. Wskazują, że podstawy ożywienia amerykańskiej gospodarki z ubiegłego roku są bardzo kruche, wyceny papierów z sektora technologicznego wciąż wysokie, a moce produkcyjne w przedsiębiorstwach prawie w jednej czwartej niewykorzystane. Część powołuje się na teorie fraktalne, opierające się na powtarzalności pewnych schematów na rynkach finansowych. W tym przypadku doszukują się analogii między trwającą od początku roku tendencją horyzontalną na wykresach indeksów w USA, a konsolidacją z 2002 r. Tak wtedy, jak i teraz (zresztą również i dekadę temu), ruch boczny nastąpił po pokaźnej zwyżce. Dwa lata temu okazała się ona jedynie kolejnym odreagowaniem bessy, mówiąc konkretnie: fali spadkowej z pierwszej części 2001 r. Analogicznie, rozpoczęty na wiosnę minionego roku wzrost, miałby się okazać korektą całej wyprzedaży z lat 2000-2002. Po jego zakończeniu moglibyśmy być świadkami kolejnej przeceny o podobnej skali jak ta, rozpoczęta w 2000 r.