W przedostatnim numerze Harvard Business Review znajdujemy wywiad z Elliottem Spitzerem, prokuratorem okręgowym z Nowego Jorku, który wyjął w ciągu ostatnich kilku lat parę cegieł z chińskich murów. A potem zdjął wieniec laurowy ze skroni dumnych amerykańskich potentatów rynku kapitałowego.
Nie jest to jakiś nieudaczny student prawa, który na nisko płatnej państwowej posadzie próbuje dotrwać do emerytury, ale absolwent Harvardu zaskakujący dojrzałością poglądów na współczesną gospodarkę i rynki kapitałowe. Nie zajmuje się więc uszczupleniami hipotetycznych podatków, kradzieżą mąki z magazynu czy nawet kwestią dopuszczalności systemu argentyńskiego poza tym egzotycznym krajem.
Spitzer odkrywa i tępi nieprawidłowości w gospodarowaniu przez duże instytucje finansowe pieniędzmi swoich klientów. Jeszcze parę lat temu duży amerykański bank czy firma zarządzająca funduszami inwestycyjnymi z oburzeniem oddaliłaby zarzuty drobnych klientów czy prasy, że nie przestrzega standardów etycznych lub nie dokłada należytej staranności. Okazało się, że głębsze dochodzenie odkryło przykrą prawdę o ułomnościach mechanizmów kontrolnych i sposobu podejmowania decyzji w najlepszych firmach, które za swoją hipokryzję zapłaciły sporo nie tylko w ramach ugody finansowej, ale również poprzez utratę zaufania.
Co ciekawe, prokurator nie jest bynajmniej zwolennikiem zaostrzenia prawa karnego czy objęcia rynków kapitałowych większą kontrolą i nowymi przepisami. Uważa, że obniżenie standardów profesjonalnych instytucji finansowych wynika właśnie z nadmiernej regulacji osłabiającej konkurencję na rynku. Wskazuje, że poszczególne segmenty rynku miały swoich kontrolerów zarówno ze strony administracji (np. SEC), jak i w ramach samoregulacji (np. stowarzyszenia funduszy emerytalnych i inwestycyjnych, panel standardów rachunkowości), ale nie pomogło to uniknąć kompromitujących afer. Co zatem spowodowało, że niezależni analitycy publikowali raporty korzystne głównie dla interesów swoich instytucji, maklerzy odkładali pod ladę lepsze akcje tylko swoim znajomym, menedżerowie funduszy pchali własne koszty na konto drobnych inwestorów, którzy powierzyli im pieniądze.
Chęć zysku, a nawet chciwość występują masowo w społeczeństwie opartym na magii pieniądza i trudno byłoby oczekiwać, że przedsiębiorczy Amerykanie nie wykorzystają okazji. W sferach finansowych wytworzyła się atmosfera przyzwolenia na naciąganie rozmaitych procedur, stosowanie podwójnej moralności i systemowe podbieranie cudzych zysków, szczególnie jeżeli wszystko jest na tyle skomplikowane, że trudno się zorientować. Powszechność zjawiska odejścia od najwyższych standardów zawodowych wynikała przede wszystkim z bezkarności tych praktyk, a bezkarność z braku konkurencji. Menedżerowie pieniądza naciągali coraz to większą masę zdezorientowanych klientów, bo drobni inwestorzy nie mieli świadomości sztuczek finansowych oraz nie widzieli rozsądnej alternatywy dla swoich lokat. Rynek kapitałowy przesycony jest oszczędnościami, które szukają bezpiecznych i sprawdzonych inwestycji, zarządzanych przez wielkie markowe instytucje. Złe potraktowanie dotychczasowych klientów nie powoduje automatycznej utraty powierzonych funduszy, a mierne wyniki inwestycyjne zawsze dają się jakoś wytłumaczyć. Sprawdzone chwyty marketingowe wywołują nawet przeświadczenie zadowolenia u klientów, którzy niechętnie przyznają się do chybionej inwestycji i nie są zbyt dociekliwi.