W tym miesiącu średnia liczba akcji zmieniających każdego dnia właściciela za pośrednictwem New York Stock Exchange wynosi 1,2 mld sztuk. To aż o 18% poniżej średniej z pierwszych pięciu miesięcy roku, kiedy przez giełdę przechodziło codziennie 1,49 mld papierów. Koniunktura na parkiecie pogorszyła się już w maju, kiedy łącznie inwestorzy obrócili 30 mld akcji - mniejsze obroty zanotowano w tym roku tylko w lutym.
Bo nie ma hossy
Indeks S&P 500, który w zeszłym roku zyskał 26%, w tym porusza się w trendzie bocznym. Po wtorkowym zamknięciu znajdował się tylko 1,8% powyżej poziomu z początku roku. Na mniejsze zainteresowanie giełdą wskazuje też fakt, że wyraźnie zmalała liczba sesji, kiedy indeks S&P 500 tracił lub zyskiwał ponad 1%. W tym roku były 24 takie dni, podczas gdy w pierwszym półroczu poprzedniego roku aż 54.
Wszystko to nie sprzyja maklerom-specjalistom, czyli firmom pośredniczącym w handlu akcjami i pełniącym na NYSE rolę animatorów rynku. LaBranche (największa z takich firm) czy Van der Moolen (czwarta) już nie mogą - jak kiedyś - oszukiwać klientów, uprawiając tzw. ahead trading. Chodzi o kupowanie akcji w celu ich odsprzedaży z niewielkim zyskiem zleceniodawcy. Pod koniec marca pięć z siedmiu operujących na NYSE firm zapłaciło łącznie 240 mln USD w ramach ugody z Komisją Papierów Wartościowych i Giełd, by uniknąć oskarżeń w tej sprawie. Mniejsze obroty oznaczają niższe wpływy z prowizji. Mniejsze dzienne wahania cen to z kolei mniej okazji do zarobku z handlu na własny rachunek. - Koniunktura dla specjalistów jest tak zła, jak nigdy wcześniej - ocenia John Wheeler, cytowany przez Bloomberga szef działu handlującego akcjami w American Century Investments. - Handel stał się bardziej efektywny, co oznacza mniej pieniędzy dla pośredników - dodaje.
Komputery