Fundusze hedgingowe niemal od początku istnienia otacza aura tajemniczości. I nie chodzi tu wyłącznie o to, że przeważająca większość z nich jest rejestrowana w tak egzotycznych krajach, jak Bermudy, Kajmany czy Antyle Holenderskie (podatki!). Już pierwszy fundusz określony tym mianem założony przez Alfreda Jonesa w latach sześćdziesiątych zwrócił na siebie uwagę ponadprzeciętnymi wynikami. Później pojawił się George Soros, który zaskoczył regularnością uzyskiwanych dobrych rezultatów. Wprawił tym w konsternację wszystkich, którzy patrząc na wyniki tradycyjnych funduszy inwestycyjnych twierdzili, że nie da się tego zrobić.
Upadek LTCM
Z pomocą sceptykom, patrzącym nieufnie na dynamiczny rozwój funduszy hedge przyszedł spektakularny upadek Long-Term Capital Management, funduszu założonego przez dwóch noblistów, który w 1998 roku poważnie zatrząsł podstawami świata finansów (na uratowanie potrzeba było 3,6 mld USD). Po upadku LTCM wokół funduszy hedge nastąpiła cisza, jednak przedłużająca się bessa na światowych rynkach akcji, coraz gorsze wyniki klasycznych funduszy inwestycyjnych ponownie zwróciły uwagę na ten rodzaj inwestycji. Niechlubny przypadek LTCM spowodował, że przedstawiciele branży potrzebowali nowego sukcesu. Powstało kilka organizacji, które zaczęły dbać o przejrzystość i rzetelność działania funduszy.
Regularność wyników
Jednak największy sukces wiązał się z uzyskiwanymi wynikami. Od 1997 do 2002 roku indeks funduszy hedge zyskał 32%, podczas gdy indeks SP500 praktycznie nie uległ zmianie. To, co zwracało uwagę wielu obserwatorów, to stabilność uzyskiwanych rezultatów. Czasy, gdy potrzebne były spektakularne wyniki, minęły. W cenie zaczęła być regularność. Jak powiedział jeden z zarządzających funduszem hedge: "podczas gdy menedżerowie funduszy inwestycyjnych liczą gwiazdki, my liczymy pieniądze naszych klientów". Ta delikatna aluzja dotyczyła rankingu Morningstara, przyznającego funduszom inwestycyjnym specjalne oceny w postaci gwiazdek.