W rytm spływających raportów rocznych publikujemy w naszym "emitencie" (str. 2 lub 3) dane na temat zarobków zarządów i rad nadzorczych. Przedstawiliśmy też niedawno wyczerpujące zestawienie pensji topmenedżmentu w bankach. Kto nie przeczytał, a życzy sobie zastrzyku adrenaliny, powinien je przejrzeć.
Przyznaję: spoglądam czasem z zazdrością na tabele w sprawozdaniach finansowych, poświęcone wynagrodzeniom prezesów. I nie tylko ja. Wielu inwestorów także. Niektórych nawet żółć zalewa, czemu dają wyraz w rozmowach z nami.
Po pierwsze, mówią, a ja się z nimi zgadzam, że zarobki powinny pozostawać w jakimś - w miarę oczywistym - związku z wynikami przedsiębiorstwa. Jeśli więc spółka od lat notuje straty, ma duże zobowiązania, problemy z płynnością itd., itp., to pensja urzędującego od dawna prezesa - który bierze (powinien brać) za cały ten bałagan odpowiedzialność - sięgająca kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie, a czasem nawet więcej, wydaje się wygórowana. Bo za co dostaje ją menedżer? Za przejadanie kapitału wniesionego przez właścicieli? Za bezradność? Za wieloletnie doświadczenie, z którego nic nie wynika? Czasem nawet nie za dobre chęci, bo jeśli w ogóle jakieś ma, to niekoniecznie dobre. Inaczej przecież nie byłoby tak wielu afer w naszych szacownych firmach.
Co innego, oczywiście, kiedy przedsiębiorstwo zatrudnia znakomitego biznesmena, aby wyciągnął przedsiębiorstwo z tarapatów. Trzeba mu sporo zapłacić, to jasne. I to się po prostu opłaca. Ale na wszelki wypadek lepiej raczej płacić za efekty, a nie za obietnice.
W niedawnym zestawieniu wynagrodzeń prezesów banków pisaliśmy o kwotach, które nawet na Krezusie zrobiłyby wrażenie. Koronny argument zwolenników horrendalnych pensji jest jeden. Można go ująć w modnym ostatnio słowie: dostosowanie. Chodzi z grubsza o to, że na Zachodzie menedżerowie zarabiają wielokrotnie więcej. A w czym nasi gorsi?