To, że w tym roku ceny wzrosną, wiedzieli wszyscy. Wiadomo, szybszy wzrost gospodarczy, efekt akcesji, mniej korzystne ceny żywności etc. Jednak ostatnie dane zaskoczyły nawet największych pesymistów. Inflacja w maju doszła do górnej granicy celu wyznaczonego przez RPP i pewnie na tym się nie skończy. Możemy więc powtórzyć to, co całkiem nie tak dawno mówił jeden z byłych ministrów finansów: kupujcie, bo taniej już nie będzie. Wprawdzie ta - z dzisiejszej perspektywy wyjątkowo trafna - prognoza odnosiła się do walut, lecz obecnie można rozszerzyć ją na wszelkiego rodzaju zakupy. Jednakowoż ostatnie dane wskazują, że do zakupów Polacy raczej się nie palą.
W majowej ankiecie IQS&Quant przeważyła grupa konsumentów, uważająca, że obecnie nie jest dobry czas do zakupów dóbr trwałego użytku. A jeszcze miesiąc czy dwa wcześniej proporcja między pesymistami a optymistami była zupełnie odwrotna. Można więc zadać sobie pytanie, co tak depresyjnie wpłynęło na chęć do zakupów.
Pierwsze, co przychodzi na myśl, to wciąż słabe dochody z pracy. Po pierwszych miesiącach tego roku, kiedy to tzw. fundusz płac zaczął wyraźnie wzrastać, w ostatnich dwóch miesiącach sytuacja znów się pogorszyła. W maju siła nabywcza całkowitego dochodu z wynagrodzeń była praktycznie taka sama, jak rok wcześniej. Niewiele przy tym znaczy fakt, że bardzo szybko przyrasta wartość kredytów dla ludności. Trzeba pamiętać, że jest to wzrost wynikający głównie ze wzrostu kredytów hipotecznych. Po prostu: przedunijna presja - by nie powiedzieć histeryczne parcie - na kupno nieruchomości w połączeniu z niskim kosztem finansowania zachęcały do tego typu decyzji. Lecz pozostałe rodzaje kredytów nie wyglądają zachęcająco.
Trudno się dziwić. Zgodnie z danymi NBP za kwiecień, średnie oprocentowanie kredytów hipotecznych wynosiło 7,8%, podczas gdy kredyty na cele konsumpcyjne były dwa razy droższe (średnio 15,5%). Można więc rzec, że obecne dochody nie zachwycają, a dostępność kredytów jest wciąż daleka od ideału. Czyli mniej więcej wiemy, dlaczego Polacy nie przesadzają z konsumpcją. Ktoś może wprawdzie stwierdzić, że są jeszcze dochody z szarej strefy. W sumie tak, lecz w tym wypadku z natury rzeczy trudno o konkrety. Można tylko zauważyć, że przyrost gotówki w obiegu (w pewnym sensie odzwierciedlający "nieoficjalny" popyt na pieniądz), choć wciąż znaczący, już nie przyspiesza. Wprost przeciwnie, ostatnie miesiące przyniosły lekkie pogorszenie rocznej dynamiki tego wskaźnika. Czyżby więc presja na wzrost dochodów malała również poza oficjalnym obiegiem? Całkiem możliwe.
Summa summarum, mimo to, że prawie 7-procentowy wzrost gospodarczy za pierwszy kwartał został entuzjastycznie przyjęty tak przez media, jak i gospodarczo-politycznych oficjeli, to jeszcze nie stoimy twarzą w twarz z rozbuchanym konsumpcjonizmem. I dantejskie sceny, które całkiem nie tak dawno miały miejsce w jednym ze stołecznych centrów handlowych, wcale temu nie przeczą. Bo w sumie kto by nie chciał kupić DVD za stówę?