Jeszcze trzy miesiące temu zapowiedź podania się do dymisji przez premiera Jerzego Hausnera doprowadziłaby do spektakularnego osłabienia polskiej waluty. A dzisiaj? No niby coś tam drgnęło, ale mniej spostrzegawczy uczestnicy rynku mieliby problemy z odpowiedzią na pytanie, gdzie dokładnie. Co się więc dzieje? Po prostu, zmieniły się realia.
Wicepremier Hausner był postrzegany jako lider zmian progospodarczych w SLD i jednocześnie filar reformy finansów publicznych. Jego nazwisko stało się głośne, gdy wybuchł konflikt między nim a ówczesnym ministrem finansów Grzegorzem Kołodko w sprawie koncepcji reform. To właśnie wtedy widmo przekroczenia 60% zadłużenia publicznego względem PKB zaglądnęło w oczy rządowi Leszka Millera. Po miesiącach dyskusji premier przekonał się w końcu do koncepcji Hausnera, które w większości (co do tego jest zgodność wśród znacznej części ekonomistów) należało uznać za jak najbardziej sensowne. Podkreślano co najwyżej, że proponowane zmiany to absolutne minimum. Niestety, innego zdania była znaczna część polityków stanowiących zaplecze rządu.
Zaprezentowany w lutym tego roku ostateczny program zmian odbiegał znacznie od pierwowzoru, ale zostało to jakoś przełknięte zarówno przez rynki finansowe, jak i przez przedstawicieli środowisk gospodarczych. Potem zaczęło się zamieszanie ze zmianą rządu, trwające aż do połowy czerwca, kiedy to Sejm poparł wreszcie premiera desygnowanego przez prezydenta. I tu właśnie zaczyna nam się jawić nowa rzeczywistość.
Przede wszystkim chodzi o osobę samego szefa rządu, czyli Marka Belki. Inwestorzy pamiętają go doskonale z jego dotychczasowej działalności ministerialnej. Co prawda, niektórzy zarzucają mu brak bardziej radykalnych zmian w 2001 i na początku 2002 roku, w więc na początku rządów koalicji SLD-UP-PSL, ale z drugiej strony, opór materii był potężny, o czym świadczy zresztą jego późniejsza rezygnacja i wypowiedziana przy tej okazji sentencja o niechęci do "kopania się z koniem". W sumie jednak obecny premier, podobnie jak Hausner, jest zaliczany do grupy SLD-owskich liberałów. W dodatku ma za sobą epizod współpracy z jednym z największych światowych banków inwestycyjnych. Te wszystkie elementy powodują, że nazwisko "Belka" robi bardzo dobre wrażenie na inwestorach i jest dla nich gwarancją, że nie dojdzie do żadnych niepokojących zmian w finansach publicznych. Można się było nawet spotkać ze stwierdzaniem, że "jeśli Belka będzie musiał zrezygnować z reform, to zrezygnuje z tworzenia rządu". Premier ma więc znaczny kredyt zaufania.
Ta sytuacja dość wyraźnie różni się więc od poprzedniej, kiedy Hausner musiał walczyć o reformy właściwie ze wszystkimi, od własnych kolegów z rządu poczynając. Wtedy Hausner był ostoją, politykiem twardo walczącym z widmem katastrofy, teraz zaś, jak sądzą inwestorzy, sam Belka gwarantuje niedopuszczenie do załamania finansów publicznych. Jak będzie? Zobaczymy. W każdym razie, tym głównie trzeba tłumaczyć fakt, że ani zapowiedzi wycofania się z części planu Hausnera, ani informacje o tym, że planu Hausnera już właściwie nie ma (plan Patera?, plan rządu?), ani nawet groźba dymisji samego wicepremiera, nie doprowadziły do poważnych reperkusji na rynku obligacji czy też na rynku złotego. Dodajmy od razu, że także inne czynniki wspierały rynki, żeby wspomnieć choćby poprawiającą się sytuację budżetu (wyższe dochody) czy wejście Polski do UE.