W mijającym tygodniu na międzynarodowym rynku naftowym doszło do gwałtownego skoku notowań. Poprzedziła go umiarkowana tendencja zwyżkowa, do której przyczyniły się doniesienia o zwiększonym popycie na paliwa płynne w związku z ożywieniem w gospodarce światowej. Nie bez znaczenia były też ciągłe obawy przed atakami terrorystycznymi na urządzenia naftowe w Iraku oraz Arabii Saudyjskiej.
Tymczasem stopniowo pogarszała się sytuacja rosyjskiego potentata Jukos Oil i w końcu w środę władze w Moskwie zabroniły mu sprzedaży ropy. Reakcja rynku była natychmiastowa. W Nowym Jorku cena tego surowca osiągnęła rekordowo wysoki poziom 43,05 USD za baryłkę, a w Londynie ropa Brent kosztowała najwięcej od irackiej inwazji Kuwejtu w 1990 r.
W czwartek rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości cofnęło zakaz, uspokajając nastroje na rynku. Notowania zaczęły spadać, a dodatkowym bodźcem był wzrost w poprzednim tygodniu zapasów ropy w USA, o którym w środę poinformował Departament Energetyki.
W Londynie za baryłkę gatunku Brent z dostawą we wrześniu płacono wczoraj po południu 38,80 USD w porównaniu z 39,53 USD w końcu sesji środowej i 38,01 USD w poprzedni czwartek. Eksperci nie wykluczają ponownych skoków notowań, ale uważają, że w średniej perspektywie utrzyma się tendencja zniżkowa. Obecne proporcje między podażą a popytem nie uzasadniają bowiem - ich zdaniem - tak wysokich cen ropy.