Piątkowa sesja nie należała do najciekawszych. To już nie pierwszy raz tego lata. Najgorsze jest to, że na razie, nic nie wskazuje na to, żeby szybko mogło się to zmienić. Widać to dobrze na wykresie tygodniowym indeksu dużych spółek. Od dziesięciu tygodni WIG20 pozostaje w wąskim przedziale 1650-1720 pkt. Naprzemiennie występujące czarne i białe korpusy świec wskazują, że ani byki, ani niedźwiedzie nie mają pomysłu na rynek. Jak pokazuje historia, taki stan zawieszenia może jeszcze trochę potrwać.

Kiedyś jednak się skończy. Wówczas rynek pogna w sobie tylko znanym kierunku, dając wreszcie inwestorom zarobić pieniądze. Tak było np. latem 2002 roku. Wówczas WIG20 przez 14 tygodni delikatnie osuwał się pogrążony w marazmie, żeby w ciągu dwóch miesięcy stracić ponad 20%. Czy teraz będzie podobnie? Jeżeli inflacja będzie dalej rosła, a rząd Belki nie otrzyma na jesieni ponownego wotum zaufania, to taki scenariusz jak najbardziej jest realny. Tyle że prawdopodobnie obserwowany marazm zakończy się wcześniej.

Z punktu widzenia analizy technicznej ten trend boczny o lekko wzrostowym nachyleniu, to nic innego jako korekta spadków z przełomu kwietnia i maja. Zdecydowany spadek poniżej 1660 pkt może zakończyć odbicie, trwające już ponad dwa miesiące. Żeby powstał jednoznaczny sygnał sprzedaży, potrzebny będzie zdecydowany wzrost obrotów oraz potwierdzenie, w postaci przełamania wsparcia na poziomie 1610 pkt. Wówczas otwarta będzie droga do 1420-1450 pkt.

Dziesięć tygodni marazmu strasznie rozchwiało nastroje wśród osób biorących udział w "typowaniu" Wigometru. Od końca maja, aż pięciokrotnie ponad połowa uczestników ankiety, wskazywała na jedną opcję. Kumulacja nastąpiła 11 czerwca, kiedy aż 64% obstawiło, słusznie zresztą, spadki w kolejnym tygodniu. Tak duża zgodność, a co za tym idzie, polaryzacja stanowisk, występuje po raz pierwszy w historii tego wskaźnika. Można odnieść wrażenie, że te jednoznaczne wskazania, to taki mały koncert życzeń, żeby marazm już się skończył.