Szykuje nam się kilka tygodni nudy. Przynajmniej na rynku walutowym. Oto bowiem rozpoczęły się wakacje parlamentarne.

Od kilkunastu miesięcy prawie wszystkie czynniki przemawiały za umocnieniem się polskiej waluty. Podstawy wzrostu dawało wejście do Unii Europejskiej. To ważny krok na drodze do pełnego zaufania w stosunku do polskich rynków finansowych, także zatem do rynku walutowego. Oczywiście nie oznacza to, że nie może dochodzić do poważnych perturbacji, ale z całą pewnością jest to element przynajmniej stabilizujący. Złotemu pomagała polska gospodarka, która pędziła do przodu w tempie godnym Lensa Armstronga albo jeszcze lepiej Michaela Schumachera (samochodem, szczególnie F1, zawsze szybciej niż rowerem). W przeciwieństwie jednak do osiągnięć Armstronga i Schumachera w przypadku naszej gospodarki tempo, jakie sobie narzuciła, było dla wielu obserwatorów zaskoczeniem. Rozwój miał być, ale prawie 7% w pierwszym kwartale 2004 r. to raczej wynik porównywalny z wynikiem Grecji podczas mistrzostw Europy w Portugalii. Chociaż nie, przesadziłem. Żeby dorównać Grekom, musielibyśmy wypracować chyba ze 107% wzrostu PKB. Zresztą mniejsza z tym.

Dynamiczny wzrost gospodarczy był faktem. Mało tego, dość szybko się okazało, że jednorazowy czynnik związany z wejściem do Unii Europejskiej jest stosunkowo słaby. Owszem, kupowaliśmy na zapas, ale nawet bez tego osiągnięcie 6% w następnych kwartałach jest wielce prawdopodobne (w drugim zapewne przekroczyliśmy ten poziom). Podstawowym czynnikiem wzrostu był i jest eksport, co dla rynku walutowego ma niebagatelne znaczenie. W połączeniu ze stosunkowo ustabilizowanym importem prowadziło to bowiem do poprawy sytuacji rachunku obrotów bieżących. Mieliśmy nawet okresy miesięcznych nadwyżek, od czego zdążyliśmy się już odzwyczaić. W sumie na rachunku bieżącym mamy deficyt, ale jego poziom jest absolutnie bezpieczny.

Złotemu pomagała także np. perspektywa wypłat środków pomocowych z UE czy też relatywnie gorsza sytuacja w krajach naszego regionu (byliśmy po prostu bardziej atrakcyjni). Mimo tego wszystkiego złoty wcale się nie umacniał. Miał nawet chwilę słabości, tracąc po kilka groszy w ciągu godziny. Dlaczego? Ano dlatego, że aktywni byli nasi politycy. A to nie chcieli poprzeć jakiejś ustawy związanej z planem racjonalizacji wydatków, a to kombinowali, gdzie przeznaczyć większe od planowanych wpływy do budżetu. Innym znowu razem obiecywali poparcie rządu tylko w zamian za zwiększone wydatki na jakieś tam niezbyt racjonalne cele. Nie brakowało i takich, którzy chcieli np. renacjonalizować banki, a że sondaże opinii publicznej pokazywały wzrost ich poparcia, złotemu jakby mniej chciało się żyć i tracił wobec innych walut. I tak: co pomysł jakiegoś "specjalisty" od finansów, to zamieszanie na rynkach, co jakaś nowa "odkrywcza" koncepcja, to kilka przynajmniej groszy w dół. Trzeba się było napocić, żeby w tym wszystkim funkcjonować.

Ale oto zaczęły się wakacje parlamentarne. I co my teraz będziemy robić? Czym się pasjonować? Na czyje wypowiedzi zwracać uwagę podczas porannego nerwowego przeglądania prasy? Dane makroekonomiczne pewnie znowu będą dobre, oczekiwania na kolejną podwyżkę stóp są, czyli złoty będzie powoli piął się w górę bez stresu i nerwów? Czyli nuda? Teoretycznie tak, przynajmniej przez najbliższe trzy tygodnie. W praktyce jednak nie jest to wcale takie pewne, w końcu rynek nieraz już nas zaskakiwał. Poza tym nie wszyscy politycy mają wolne, żeby choćby wspomnieć o rządzie. Koledzy z Rady Ministrów mogą przecież godnie zastąpić parlamentarzystów. Tyle tylko, że za "ciekawymi" pomysłami co poniektórych ministrów jakoś specjalnie nie tęsknię. W tym przypadku bowiem łatwiej o realizację...