- Jesteśmy w pełni przygotowani do igrzysk - stwierdził tydzień temu premier Grecji Kostas Karamanlis po odwiedzeniu głównego kompleksu olimpijskiego.
Koszty jak na drożdżach
11-milionowa Grecja jest najmniejszym od pół wieku krajem organizującym igrzyska olimpijskie. To widać w statystykach. Koszty imprezy, które według najnowszych szacunków ministerstwa finansów sięgną 7 mld euro, stanowią prawie 5% greckiego PKB. Początkowo zakładano, że budżet imprezy zamknie się kwotą 4,6 mld euro. Założenia okazały się jednak zbyt optymistyczne.
Główny powód wzrostu kosztów to opóźnienia w przygotowaniach. Trzy lata - po tym, jak w 1997 r. Ateny pokonały Rzym w finałowej rundzie batalii o organizację igrzysk A.D. 2004 - Grecy zmarnowali. Socjalistyczny rząd kłócił się o to, kto i jak ma kierować przygotowaniami, a nowych obiektów nie było widać. Dopiero gdy MKOl zagroził, że przeniesie olimpiadę do Seulu, Grecy wzięli się do roboty i zaczęli nadrabiać zaległości.
Stadion Olimpijski im. Spyridona Louisa oddano do użytku zaledwie przed kilkoma tygodniami. Jeszcze pół roku temu dach nad tą główną areną ateńskich zmagań istniał tylko w komputerach architektów i zastanawiano się, czy nie wycofać się z jego budowy. Nadganianie straconego czasu powodowało, że koszty rosły z miesiąca na miesiąc. Szczególnie na finiszu tylko wyższa zapłata mogła skłonić wykonawców do przyspieszenia robót. - Z powodu presji czasu koszty rosną bardzo szybko i trudno uczynić cokolwiek, by je ograniczyć. Na ich podliczanie przyjdzie czas po zakończeniu imprezy - mówił pod koniec czerwca Georgios Alogoskoufis, minister finansów i gospodarki w greckim rządzie.