Los nie chciał chyba być wczoraj stronniczy i w piątek trzynastego przyniósł pecha wszystkim inwestorom. Tym pechem był marazm, jakie przez 2/3 sesji dominował na warszawskim parkiecie.
Na wykresie indeksu dużych spółek mamy doji. Nie preferuje ona ani popytu, ani podaży. Wskazuje natomiast na niepewność panującą na rynku. Tyle że jest to niepewność chwilowa. Jeżeli spojrzeć na WIG20 w szerszej perspektywie, to kierunek zmian jest jeden - na południe. Jak bowiem inaczej interpretować wybicie dołem z trzymiesięcznego kanału wzrostowego, któremu towarzyszyła luka bessy? Jak interpretować utrzymujące się sygnały sprzedaży na wskaźnikach dziennych i tygodniowych? Jak wreszcie oczekiwać dalszych wzrostów, gdy rośnie inflacja, stopy procentowe są podnoszone, koniunktura na świecie słabnie, a ropa bije rekordy wszech czasów? Ja nie potrafię inaczej niż jako zapowiedź spadków. I to dużych. Posiłkując się zniesieniami Fibonacciego, minimalny zasięg korekty, trwającego już od października 2001 roku trendu wzrostowego, można wyznaczyć na poziomie 1530 pkt. Obserwując jednak zmiany na rynkach światowych, trzeba przygotować się na znacznie większą przecenę. Być może nawet znoszące całą trzyletnią hossę (w perspektywie najbliższych dwóch lat).
Na koniec hossy wskazują również ostatnie, szeroko cytowane przez prasę, badania prowadzone przez GPW. Jak wynika z ankiety przeprowadzonej wśród biur maklerskich, w pierwszym półroczu 2004 roku, udział inwestorów indywidualnych w obrotach akcjami wzrósł do 38%, z 29% w drugiej połowie 2003 r. Tak dużego udziału w obrotach akcjami nie notowano od 2000 roku, kiedy zakończyła się poprzednia hossa. Wygląda więc na to, że znów drobni inwestorzy, mówiąc kolokwialnie, zostali nakarmieni akcjami na szczycie.
Wracając do bieżącej sytuacji, to wydarzeniem nadchodzącego tygodnia będą poniedziałkowe dane o inflacji (dane za lipiec). Rynek oczekuje jej wzrostu do rekordowego w tym roku poziomu 4,7%. Lepsze dane niewątpliwie podniosłyby indeksy. Tylko czy będą lepsze? Wątpię.