NYSE, największa giełda świata, zanotowała zysk netto w wysokości 5,4 mln USD, czyli o 6,4 mln euro mniejszy niż rok wcześniej. Pod względem przychodów kwartał był dobry, wzrosły one o 1%, do 273 mln euro. Dlaczego więc wynik na poziomie netto okazał się dużo słabszy. To przede wszystkim koszty prawne - tłumaczą przedstawiciele NYSE. Najwięcej giełdę kosztował jej były prezes. Richard Grasso został zwolniony w ub.r., gdy wyszło na jaw, że pobierał gigantyczne wynagrodzenie w wysokości 140 mln USD. Giełda domaga się od niego zwrotu pieniędzy. Sprawę przeciw niemu wytoczył też nowojorski prokurator Eliot Spitzer. Sam zainteresowany nie poczuwa się do winy i domaga się z kolei od NYSE wypłaty zaległych pieniędzy. - W ostatnich latach w ciągu jednego kwartału sprawy prawne kosztowały nas średnio ok. 6 mln USD. W II kwartale wyniosły one aż 20 mln USD - skarży się Amy Butte, dyrektor finansowy nowojorskiej giełdy.

II kwartał był też kosztowny dla NYSE ze względu na 73-proc. wzrost wydatków na reklamę, do 4,3 mln USD.

NYSE, w przeciwieństwie do czołowych giełd europejskich, nie przeprowadziła tzw. procesu demutualizacji i wciąż jest instytucją nienastawioną na zysk (typu non-profit). Jej właścicielami jest 1366 członków wywodzących się spośród najważniejszych instytucji rynku finansowego. Nowy dyrektor generalny NYSE John Thain nie wyklucza przekształcenia nowojorskiej giełdy w spółkę akcyjną, być może notowaną na własnym parkiecie. Na razie skupił się na zwiększeniu roli obrotu elektronicznego (na NYSE wciąż dominuje tradycyjna metoda handlu, czyli za pośrednictwem maklerów na parkiecie) i przedstawił projekt pod nazwą DirectPlus. Naturalną rzeczą jest, że sprzeciwiają się mu sami maklerzy obawiający się utraty pracy. Wczoraj jednak plany te zakwestionowała potężna grupa funduszy Fidelity (odpowiada za 3-5% dziennych obrotów na NYSE).

Bloomberg