Pierwotnie w prospekcie emisyjnym zapisano, że akcje Google trafią w ręce inwestorów po 108 do 135 USD. Nowe warunki mówią o cenie między 85 a 95 USD za sztukę. Biorąc pod uwagę średnią wartość z widełek, nowa oferta jest aż o 26% niższa od poprzedniej.
- Nowy przedział jest odzwierciedleniem ostatnio napływających wieści - uznali analitycy. A te wieści dla Google nie są najlepsze. Po pierwsze, kuleje rynek pierwotny - w tym miesiącu za Atlantykiem odwołano już kilkanaście ofert, powołując się na nikły popyt. Po drugie, akcje spółek z branży IT wyraźnie ostatnio taniały. Po trzecie wreszcie, samo Google nie przyłożyło się do wejścia na giełdę najlepiej, m.in. zapominając o rejestracji części akcji i łamiąc - poprzez udzielony przez jej założycieli i szefów wywiad dla "Playboya" - obowiązującą przed debiutem ciszę.
Tak jak poprzednio zakładano, Google wyemituje 14,1 mln papierów. Równocześnie dotychczasowi udziałowcy mieli sprzedać 11,6 mln akcji, ale ze względu na niższą cenę zdecydowali się pozbyć tylko 5,5 mln walorów. Wartość tej najbardziej wyczekiwanej w tym roku pierwotnej oferty publicznej nie przekroczy więc nawet 2 mld USD, choć pierwotnie miała przynieść ponad 3 mld USD.
W najbardziej optymistycznym wariancie, w przypadku sprzedaży akcji po 95 USD za sztukę, wycena kalifornijskiej spółki sięgnie 25,8 mld USD. To mniej więcej tyle samo, ile kapitalizacja Ford Motor, ale znacznie mniej niż innych, znanych z internetu spółek - Yahoo! i eBay.
Akcje Google w notowaniach na Nasdaq mogą pojawić się nawet już dzisiaj. We wczorajszym komunikacie na temat zmiany warunków emisji spółka podała, że wystąpiła do amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) o rejestrację tej emisji z godziną 16.00 czasu waszyngtońskiego. Już wczoraj Google wraz z organizatorami emisji chcieli zamknąć internetową aukcję holenderską (tą drogą prowadzono sprzedaż walorów spółki) i rozdzielić akcje między inwestorów.