Wczorajszą sesją zakończyliśmy tydzień wzrostu cen. Wzrostu, który przyznam nieco mnie zaskoczyły, ale nie zmienia mojego zapatrywania się odnośnie zachowanie naszego rynku w średnim terminie. Sama zwyżka cen nie może tego uczynić. Oczywiście, nigdy na siłę nie będę się upierać przy jakiejś koncepcji i jak rynek da mi powód, to zmienię zdanie. Na razie tych powodów nie widzę.
Wczoraj bykom udało się podnieść jeszcze nieco wartość indeksu i kontraktów. To chwalebne, ale chwała ta jest z pewnością nieco mniejsza, gdy zobaczymy, że nie towarzyszył temu wydarzeniu żaden znaczący obrót. Ba, była to nawet kolejna sesja, w czasie której wartość obrotu spadała. Mały obrót sygnalizuje, że podaż nie była wcale znacząca. Skoro nie była znacząca, to czemu wzrost nie był większy?
Dlaczego czepiam się obrotu? Bo to jest podstawowy czynnik, który wraz ze zmianą cen pokazuje, jak porusza się kapitał. Skoro ceny rosną przy małym obrocie oznacza to, że podaż nie stawia oporu i wystarczy mała ilość środków, by wpłynąć na ceny. Dlaczego podaż nie stawia oporu? Bo się cofa, żeby ceny mogły się podnieść - dzięki temu można korzystniej sprzedać. Co skłoniło kupujących do akcji? Bliskość dołka i przeświadczenie, że ten nie pozostanie pokonany. Jeśli faktycznie obrona wsparcia byłaby ważna w nieco dłuższym niż kilka dni terminie, to należałoby oczekiwać, że także pozostali gracze zaczną przekonywać się do wzrostu. Obrót powinien wzrastać. Niestety, nie dość, że obrót nie rósł, to jeszcze malał. Widać więc, że nie przybywa chętnych do kupna. Popyt inicjujący wzrost sam gaśnie. Pojawia się pokusa realizacji zysków.
Ważnym sukcesem byków jest zanegowanie poprzedniego sygnału sprzedaży (wybicie z kanału). Obawiam się, że będzie to tylko odroczenie wybicia z konsolidacji dołem.