Gdyby Einstein miał okazję zmierzyć się nie tylko z siłą grawitacji, ale z siłą giełdowego trendu, zapewne zapisałby też teorię zależności. A głosiłaby ona, że opinia inwestora giełdowego w głównej mierze zależy tylko i wyłącznie od tego, jaką otworzył giełdową pozycję. Spójrzmy na przykładzie wczorajszej sesji.

Każdy byk zauważy, że silnemu wzrostowi towarzyszył bardzo wyraźny skok obrotów, a jak wiadomo z klasyki analizy technicznej, to tylko potwierdza wiarygodność ruchu. Niedźwiedź jednak odpowie, że ta aktywność została sztucznie stworzona dzięki ogromnym umówionym transakcjom w pierwszej części sesji. A jeśli mamy to pominąć, to porównywalne obroty (WIG20) mamy w wakacje tylko 28 lipca i 11 sierpnia, czyli w dniach, w których po silnym ruchu wyznaczane były ekstrema trwających krótkoterminowych trendów.

Skoro do obrotu można podchodzić subiektywnie, to zobaczmy może "kreski". Ta najważniejsza ostatnio to linia trendu spadkowego, poprowadzona od szczytu z końcówki czerwca. Wczoraj z hukiem została przełamana (analogicznie do DAX), i to pomogło wciągnąć szersze grono w spiralę wzrostu. Niedźwiedzie znowu pokiwają głową z politowaniem i przypomną, że cała obecna fala wzrostowa rozpoczęła się w momencie, gdy w drugim tygodniu sierpnia kontrakty przebiły równie istotną linię trendu wzrostowego (od maja) i po wykonaniu idealnego ruchu powrotnego, na wspomnianych dużych obrotach zrobiły trzymiesięczne minima. Kontynuacji znowu zabrakło.

Dlaczego mam wątpliwości po tak świetnej sesji? Choćby dla równowagi, bo zapewne pesymizmu publicznie teraz próżno szukać. Według teorii zależności świadczyłoby to przecież o wczorajszej stracie aż 48 pkt. Ale niezależnie od dłuższego terminu, rynek powinien spróbować zaatakować górne ograniczenie konsolidacji.