Z racji zakończenia wakacji czuje się w obowiązku zgodnie z obietnica sprzed dwóch miesięcy podsumować efekt amerykańskiej "letniej hossy". Zresztą trudno odmówić sobie tej przyjemności. Przyjemności, której na pewno nie mają wszyscy, którzy dali się złapać na ten medialny haczyk. Szczególnie boleśnie odczuły to byki na Nasdaq, gdzie na koniec czerwca indeks zamknął się na poziomach najwyższych od kwietnia, a półtora miesiąca później, był niemal 15% niżej. Tą samą drogą poszła oczywiście reszta amerykańskich, czy europejskich indeksów, choć może z mniej destrukcyjną siłą. Ładna letnia hossa.

Warto z tego wyciągnąć wniosek na kolejne lata, że ważniejsze dla inwestorów powinna być np. szeroko udokumentowana cykliczność słabego półrocza ("Sprzedaj w maju i uciekaj"), niż jedynie medialna, ale wyssana z palca nadzieja letniej hossy. No chyba, że za hossę uznamy odrobienie w ostatnich dwóch tygodniach części spadku.

Nasz rynek w czasie tych wakacyjnych przecen i odreagowania zachowywał się zdecydowanie spokojnie. Bynajmniej nie świadczy to jednak o jego odporności na spadki zachodnich parkietów, co świadczyłoby o jego sile. Silny i odporny rynek to rynek węgierski systematycznie poprawiający historyczne maksima. Nam do analogicznych poziomów sporo brakuje. Pocieszać się można jednak faktem, że wczoraj zarówno indeks, jak i kontrakty naruszyły czerwcowe szczyty. Jedni powiedzą, że to sygnał kupna. Druga strona zauważy, że brak kontynuacji po takim impulsie i kolejny zwrot na południe świadczą o prawdopodobnym pozostaniu w konsolidacji. Ja bym to połączył i powiedział, że pod wybicie z konsolidacji większy popyt jeszcze się "podłączy", zaprowadzi rynek parę procent wyżej, ale potem po tak ładnej pułapce wrócimy w obszar konsolidacji.