Przez ostatnie dni niewiele się działo na głównych amerykańskich parkietach. Średnia Przemysłowa konsoliduje się w przedziale 10100-10200 pkt, S&P 500 nie wychodzi poza 1095-1110 pkt, a technologiczny Nasdaq ugrzązł przy 1850 pkt. Obecnie trudno jeszcze przesądzać, jaki charakter ma ta stabilizacja (o tym mogą zdecydować dzisiejsze dane z rynku pracy). Wrzesień już tradycyjnie nie należy do udanych, jeżeli chodzi o amerykańskie giełdy. Jednocześnie zgodnie z teorią cyklu prezydenckiego, jest to ostatni moment, żeby korzystnie sprzedać akcje. Dlatego też, należy oczekiwać raczej spadków.
Negatywnie na zachowaniu indeksów, oprócz dobrze znanych czynników, jak np. ryzyko wzrostu stóp procentowych, mogą odbijać się również rosnące ceny ropy. Środowe dane o stanie zapasów tego surowca w USA rozczarowały inwestorów. Mało kto się bowiem spodziewał spadku aż o 4,2 mln baryłek. To natychmiast podniosło jej ceny. Niepokój rynku dodatkowo zwiększył Jukos, który poinformował, iż może być zmuszony do wstrzymania produkcji po tym, gdy rosyjska prokuratura zamroziła konta bankowe zależnych od niego firm. W ten oto sposób na wykresie ropy obronione zostało wsparcie jakie przy 42,5 dolara, jakie tworzył szczyt z przełomu maja i czerwca br. To może świadczyć o tym, iż korekta się już skończyła i rynek ruszy ku szczytom z połowy sierpnia. Z pewnością taki obrót sprawy nie spodoba się rynkom akcji. Zwłaszcza teraz, kiedy to powinna się rozpocząć jesienna bessa.
W czwartek na rynek napłynęła nowa porcja danych makro. Inwestorów mógł rozczarować zarówno wzrost liczby nowozarejestrowanych bezrobotnych (362 tys. wobec oczekiwanych 340 tys.), jak gorsze dane na temat wydajności pracy w II kwartale br. (2,5% podczas gdy liczono na 2,8%). Giełdy jednak nie zareagowały na te dane. Ale i przed dzisiejszymi miesięcznymi raportami z rynku pracy nikt takiej reakcji nie oczekiwał.