Na rynku funkcjonują dwie podstawowe interpretacje tego, co dzieje się z akcjami dużych spółek. Zacznijmy od korzystnej dla tych, którzy już napełnili portfele. Na giełdę wchodzi kapitał zagraniczny. Ale celowo nie kupuje zbyt dużo na raz, żeby nie podnosić za bardzo cen. Kapitał ten jest bardzo sprytny i nie tylko nie bierze za dużo naraz, ale wręcz pod koniec notowań decyduje się na sprzedaż części tego, co nabył. Po to, żeby następnego dnia nie musiał płacić zbyt wiele. Stąd na wykresach mamy wyraźnie zaznaczone górne cienie świec, ale to wcale nie dowodzi słabości popytu. Zgodnie z tym poglądem prawdziwy wzrost dopiero nastąpi. O tym, że wysokie górne cienie budowane w drugiej połowie sesji wcale nie szkodzą, świadczy poniedziałkowy wzrost notowań PKN Orlen. Mimo że w piątek kurs osunął się z 34,1 do 33,5 zł, na zamknięcie wczorajszej sesji, papiery kosztowały już 33,9 zł.
Drugi sposób interpretacji wykresu WIG20 też właściwie trudno nazwać pesymistycznym. Część komentatorów po prostu podkreśla niedoskonałości zwyżki - niedużą aktywność inwestorów i wąskie grono spółek, których kursy rosną. Na razie rynek przyznaje rację optymistom. To widać przede wszystkim na wykresach innych indeksów. Wskaźnik Cenowy, obejmujący wszystkie firmy, bije rekordy już od jakiegoś czasu. Wczoraj historyczne maksimum osiągnął WIRR. Jutro z kwietniowym szczytem zmierzy się WIG. Zobaczymy, co wydarzy się na rynku, kiedy do analogicznego wierzchołka dotrze WIG20. Że znajdzie się tam trudno mieć wątpliwości - 62-proc. zniesienie wiosennej wyprzedaży już zostało przekroczone. Dopiero kiedy wartość indeksu zbliży się do 1869 pkt. będzie miało znaczenie czy na wykresie pojawiają się długie górne cienie czy nie. W październiku zeszłego roku też podobne sygnały ostrzegawcze rynek ignorował. Do czasu, aż WIG20 zmierzył się ze zbudowanym miesiąc wcześniej wierzchołkiem. Dopiero wtedy podaż pokazała, na co ją stać naprawdę.