Ostatnie sesje miały wyjątkowo burzliwy przebieg. Ceny ropy przekroczyły bowiem nienotowany nigdy poziom 50 USD za baryłkę. Tendencja zwyżkowa utrzymuje się od dwóch tygodni, gdyż kolejne huragany wstrzymywały wydobycie w Zatoce Meksykańskiej, potęgując spadek zapasów ropy w USA. Ostatni z kataklizmów poczynił znaczne szkody w instalacjach naftowych, zmniejszając o blisko 30% dostawy z tego regionu. W efekcie amerykańskie rezerwy ropy spadły do najniższego poziomu od prawie 29 lat.

Na początku bieżącego tygodnia na rynek naftowy spadł dodatkowy cios. Tym razem pojawiło się niebezpieczeństwo wstrzymania dostaw z Nigerii, gdzie powstańcy zagrozili atakiem na instalacje naftowe w bogatej w ropę delcie rzeki Niger. Reagując na te groźby, dostawy nigeryjskiej ropy wstrzymał Royal Dutch/Shell, wywołując niepokój, że w jego ślady mogą pójść inne firmy.

Konsekwencją był wzrost notowań w Nowym Jorku do ponad 50 USD za baryłkę, a w Londynie do przeszło 46 USD. Dopiero w środę ceny zaczęły spadać. Pojawiły się bowiem nadzieje na złagodzenie nigeryjskiego konfliktu, a zapasy ropy w USA wzrosły w zeszłym tygodniu niespodziewanie o 3,4 mln baryłek dzięki zwiększeniu importu oraz wydobycia w Zatoce Meksykańskiej.

W Londynie baryłka gatunku Brent z dostawą w listopadzie kosztowała wczoraj po południu 45,70 USD w porównaniu z 46,45 USD w końcu sesji wtorkowej i 44,93 USD w poprzednią środę.