Reklama

I po co to wszystko?

Publikacja: 01.10.2004 08:41

Kończy się powoli kadencja naszego kochanego parlamentu. Wygląda na to, że skończy się później niż wcześniej (można obstawiać, że większość posłów zagłosuje za wotum zaufania dla rządu Marka Belki, choćby nawet tego rządu i samego premiera nie popierała), ale tak czy inaczej, czasu już wiele nie zostało. Czyżby część posłów postanowiła w związku z tym zagwarantować sobie jakieś dodatkowe dochody, kupując akcje banku PKO BP na rynku pierwotnym, a potem szybko je sprzedając? No, bo jak inaczej logicznie tłumaczyć decyzje o zakazie nabywania tych walorów na rynku pierwotnym przez inwestorów zagranicznych?

Ograniczenie dostępu inwestorów do akcji PKO BP doprowadziłoby oczywiście do tego, że popyt byłby mniejszy. Konstrukcja sytemu sprzedaży jest taka, że musiałoby to doprowadzić do relatywnego spadku ceny. W praktyce mamy widełki cenowe i należy przypuszczać, że cena zbliżyłaby się do dolnej granicy przedziału. A to z kolei oznaczałoby mniejsze wpływy z prywatyzacji. Czy inwestorzy zagraniczni zrezygnowaliby z kupna? Część być może tak, ale zdecydowana większość, a szczególnie ci, którzy myślą o PKO BP jako o inwestycji długoterminowej, i tak w takiej sytuacji akcje by kupili. Tyle tylko, że na rynku wtórnym, czyli na giełdzie. Oczywiście wzmożony popyt doprowadziłby do wzrostu cen. Nie musiałoby być tak, że ceny zaczęłyby wzrastać od razu, zagranica mogłaby bowiem wyczekać, spodziewając się dużej podaży na pierwszych sesjach. Tak czy inaczej, w końcu jednak do wzrostu by doszło. Kto by zarobił? No oczywiście ci, którzy kupiliby na rynku pierwotnym.

Właściwie co w tym złego? Na rynku pierwotnym papiery kupiłoby przecież "szeroko rozumiane społeczeństwo", być może w znacznej części ta jego część, która wcześniej z rynkiem papierów udziałowych w ogóle nie miała do czynienia (chodzi oczywiście o lokaty prywatyzacyjne, pomysł świetny, wykonanie, głównie za sprawą systemu sprzedaży pod tytułem "kto pierwszy ten lepszy", nieco gorsze). Na pierwszy rzut oka więc nic złego. Ale na drugi - już coś nam nie gra. Pierwotni inwestorzy zarobiliby bowiem kosztem Skarbu Państwa. A jak Skarb Państwa miałby mniej, niż zakładał, to musiałby szukać środków gdzie indziej. Gdzie? Pytanie retoryczne. Wystarczy popatrzeć na ostanie pomysły.

Problemem nie jest tylko fakt mniejszych wpływów do budżetu. W świat już poszła informacja, że Polacy ograniczają dostęp do swojego rynku, że nierówno traktują potencjalnych inwestorów. Popularności, w każdym razie w pozytywnym znaczeniu tego słowa, na pewno sejmowa decyzja nam nie przyniesie.

Żeby nie było wątpliwości: jestem absolutnie za tym, aby PKO BP pozostał pod kontrolą państwa. I tak będzie bez względu na to, czy pozwoli się zagranicy kupować na rynku pierwotnym, czy też nie. Mało tego. Bez względu na to, czy się pozwoli, czy też nie zagranica i tak będzie właścicielem części akcji, bo kupi na rynku wtórnym. Ale to wcale nie będzie oznaczać, że państwo nie będzie decydować o tym, co się w spółce będzie działo. Pod tym kątem zmieniono nawet statut.

Reklama
Reklama

Po co więc to wszystko? To dobre pytanie. I jak dotychczas nie usłyszałem na nie logicznej odpowiedzi. Ale może źle słuchałem...

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama