Jeśli spojrzeć na warszawską giełdę przez pryzmat najpopularniejszych indeksów, wszystko jest w porządku. W środę WIG, indeks giełdowy obejmujący największą liczbę spółek (105), miał najwyższą wartość w ponad
14-letniej historii - 25 763,6 pkt. Wczoraj stracił zaledwie 0,2 proc.
Decydujący wpływ na indeks ma kilka czołowych spółek - łączny udział TP, PKN Orlen, Pekao i KGHM w WIG przekracza 50%. WIG20, wizytówka giełdy, o którego wartości decydują te same firmy, również wygląda w porządku. Wczorajszy spadek o 0,1%. przerwał serię ośmiu kolejnych wzrostowych sesji. W środę indeks miał 1853,5 pkt, co oznacza, że do kwietniowego szczytu brakowało tylko 16 punktów. Osiągnięte wtedy 1869,7 pkt to najwyższa wartość od 18 września 2000 roku. Analitycy techniczni uważają, że przekroczenie tej wartości otworzy drogę do ataku na historyczne maksimum z 10 marca 2000 roku - 2481,8 pkt.
Fasadowa hossa
Choć nie ulega wątpliwości, że na GPW trend długoterminowy jest wzrostowy (bez względu, który indeks uznamy za reprezentatywny) to jednak grono firm, które biorą udział w zwyżce, jest ograniczone. I to coraz bardziej. Przed dwoma dniami (PARKIET nr 195) pisaliśmy o spółkach, które notowane są w pobliżu historycznych minimów. Ale dwie sesje istotnie zmieniły obraz firm, których notowania dotychczas rosły. Chodzi na przykład o małe przedsiębiorstwa, skupione w indeksie WIRR. 5 października wskaźnik po raz pierwszy w historii przekroczył 5 tys. punktów. Wczoraj miał 4925,7 pkt, co oznacza, że spadł od szczytu o 2,5%. Tak niemiłej dwudniówki inwestorzy jeszcze nie przeżyli od dwóch miesięcy. Choć nie znaczy to, że rynek "maluchów" rozpoczął większą korektę, zachowanie niektórych spółek może być dla inwestorów ostrzeżeniem, że modne dotychczas firmy stają się niebezpieczne.